O żadnej z trzech imprez

Jak ja lubię konkurencyjne imprezy… Jednego wieczoru trzy do wyboru. I jak tu wybrać (oprócz tego, że po męsku)?

Pierwsza to zeitgeistowski Z-Day 2011. Zeszłoroczny zaliczyłem, więc na ten z rozpędu też mogłem się wybrać. Niestety rozczarowali mnie. Całkiem interesujący plan roboczy, którym narobili mi apetytu, różni się mocno od ostatecznego, który zresztą zmieniali jeszcze w ostatniej chwili wskutek jakiegoś nieporozumienia w Politechniką Wrocławską. W efekcie odpadły m.in. wykłady „Zioła i naturalne metody leczenia – łączenie nowoczesności z tradycją” i „Starożytne cywilizacje a nasza cywilizacja” oraz pozycja najbardziej konkurencyjna (ze względu na porę i charakter) – koncert muzyczny. Byłem taki niezadowolony, że aż się ucieszyłem, że dylemat związany z wyborem imprezy mi się zmniejszył.

Innym planem na wieczór było zaliczenie koncertu Indigo Tree w Falansterze. Widziałem ich już dwa razy w zeszłym roku, m.in. supportujących Janerkę, i pewnie jeszcze zobaczę, bo przecież są z Wrocławia – dlatego tym razem sobie odpuściłem i chyba słusznie, bo chodzą pogłoski o problemach z wejściem / wciśnięciem się do lokalu tych, którzy zrobili sobie rezerwacji. Chociaż odnotowuję z uwagą, że duet ten rozbudował się do tercetu, a ponadto Falanster chyba zaczął więcej inwestować w reklamę, bo widziałem na mieście plakaty reklamujące wszystkie odbywające się u nich w marcu imprezy.

Punkt trzeci, który nazwałem alternatywą alternatywną: urodziny galerii U. W programie m.in. koncert na pile. Lubię ten instrument, odkąd pewnego razu zobaczyłem w Rynku faceta grającego na nim „Cichą noc”. Moje ulubione wykonanie kolędy. Obok „Jingle Balls” Korn, które z początku brzmi jak inny cudzes – „Gwiaździsty sztandar” Jimiego Hendrixa – a po ok. 25 sekundach przeradza się w death metal. Ale, wracając do tematu, urodziny U ostatecznie też sobie odpuściłem. Z niechęci do piwa, wydawania pieniędzy i wszelkich imprez. Wprawdzie rundkę z aparatem po Wrocławiu i tak zaliczyłem, ale z trudem zrealizowałem plan-minimum. W jakiś sposób jednak się zadowoliłem. Zawsze jakiś impuls do rozmyślań o tym, że…

Wrocław to nie kilka piw pod rząd doprawionych na siłę papierosem, żeby się wyrzygać pod jakimś rusztowaniem. Wrocław to setki nazwisk, o których zamierzam wspomnieć.

Mimo to wygrywają inne wrażenia.

Wrocław to spacer wśród reklam Intimissimi. Wrocław to mijanie się z chłoptasiami z żelem we włosach, kroczącymi szeroko, jakby po długiej i niewprawnej jeździe wreszcie zsiedli z konia, w odblaskowych, niebieskich butach i nieletnimi laseczkami w bucikach różowych. Dla rozrywki Wrocław to obserwowanie starego nadgorliwca, który kręci się jak nienormalny przed palaczem na przystanku, rzucając mu niezadowolone spojrzenia, zamiast wprost zwrócić uwagę na zakaz albo się wynieść tam, gdzie dym nie leci. Mój dzisiejszy Wrocław to rozbrzmiewające w czaszce „Tomorrow Never Knows” The Beatles (może w wykonaniu Phila Collinsa – jego głos przewierca mnie bardziej niż głos Lennona) i rozmyślanie o tym, że gdyby dobra muzyka mogła rozsadzić łeb, mielibyśmy wielu zadowolonych samobójców. I to jest dobry moment, żeby Renton z „Trainspotting” podpowiedział mi ironicznie: „Choose life”.

Advertisements

, , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s