Szkic dwóch mantr

Zaczepił mnie na ulicy. Padł przede mną na kolana, by powtarzać swoją mantrę. Tylko jedną z dwóch. Pierwszą podyktowali mu już dawno temu. Kazali mu ją wypisać na kilku kartkach, schować wszystkie do portfela, zdeponować w banku i co jakiś czas składać potwierdzenia w kolejnych urzędach. Drugą stworzył sam, tę jednak zabronili mu powtarzać publicznie, on zaś się nie sprzeciwiał. Mnie też nie zdradził jej treści, ale i tak widziałem w jego oczach, że powtarzając pierwszą, myśli o czymś zupełnie innym. Odepchnąłem go – nędznego łgarza próbującego mnie naciągnąć na swoją poprawność. Potrzebowałem domowego zacisza, a nie kolejnego przykładu zepsucia. Wkrótce przekroczyłem swój próg, zatrzasnąłem za sobą drzwi… i natychmiast sam padłem na kolana, by modlić się do tego, czego nie mam. Ani się ważcie mnie teraz prześladować. Rozmawiam z bogiem.

Reklamy