Soundtrack na gałęzi

Na odbywającym się od 21 do 31 lipca 11. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym „Nowe Horyzonty” najmniej interesowały mnie filmy. Skoro największym wydarzeniem było dla mnie spotkanie z Terrym Gilliamem, można podejrzewać, że zaliczyłem chociaż jedną pozycję z jego retrospektywy. Nie. Obejrzałem dokładnie trzy z wyświetlonych na Rynku filmów, ale przyciągnęły mnie przede wszystkim muzyką i problematyką społeczną.

W widza zamieniłem się 23 lipca, podczas pokazu specjalnego „Erotikonu” („Eroticon”, reż. Gustav Machatý, 1929). Czechosłowacki film niemy zaprezentowano nam z muzyką na żywo. Zadania tego podjął się powstały właśnie w tym celu w 2008 r. międzynarodowy projekt Icon Orchestra. Czy zrobił to dobrze – nie będę oceniał. Ograniczę się do ciekawostki. Otóż jeden z muzyków grał na… gałęzi. Gdyby ktoś nie zrozumiał, tłumaczę: gałąź, taki naturalnie rozwidlony kawałek drewna, niebędący pniem. W tym przypadku z podpiętym czujnikiem podłączonym do przystawki, używany jako instrument perkusyjny. Poszedł gość do lasu i pomyślał sobie: „Wezmę tę oto porzuconą odnogę drzewa i będę w nią bębnił miotełkami podczas projekcji filmu ze sceną erotyczną”. Właśnie, film – kilkadziesiąt lat temu szokujący widzów swoją śmiałością. Ktoś mógłby napisać, że nie ma się czym podniecać, bo teraz taka tematyka jest na porządku dziennym. Tak, ale „Erotikon” mimo to robi wrażenie, czymś, co w obecnych produkcjach trudno jest znaleźć – zmysłowością. Efekt: już pierwsze kilkanaście minut tej staroci było dla mnie nowością.

Reżyser wyświetlonego 25 lipca „Na spalonym” („Offside”, reż. Jafar Panahi, 2006) miewa przez tego typu filmy problemy. Uznaję za cud, że w ogóle pozwolono mu go nakręcić w Iranie – bo pokazywać już zabroniono. Przedstawiona historia jest w zasadzie prosta. Kilka Iranek chce wejść na mecz piłkarski, co jest zakazane, więc przebiera się mężczyzn. Co ciekawe, ja w tym filmie nie widzę nic złego – żadnej złośliwości, żadnego atakowania. Pokazano, że kobiety potrafią kibicować swojej reprezentacji, przeżywać wydarzenie sportowe tak samo jak mężczyźni. Osobników przeciwnej płci tymczasem nie przedstawiono jako fanatyków, raczej jako zatroskanych i nadopiekuńczych, a w sercu tak naprawdę niemających wiele przeciwko równouprawnieniu, nieoficjalnie przymykających oko. W islamskim świecie może to być odbierane jako krytyka. Nam pomaga zrozumieć i spojrzeć na tamtejszą kulturę przychylniej. Problematyka taka ciekawa, że na projekcję sam przyszedłem przebrany za mężczyznę.

Ostatnie w kolejce – pokazane 28 lipca „Chico i Rita” („Chico & Rita”, reż. Tono Errando, Javier Mariscal, Fernando Trueba, 2010). Brytyjsko-hiszpańska animacja z akcją w Hawanie przyciągnęła mnie, bo spodziewałem się niezłej muzyki. Niestety nie grała aż takiej roli, jak bym chciał. Film to tak naprawdę zwykła historia miłosna z domieszką muzyki kubańskiej i jazzu. Owszem, zrobiona ładnie, ale brakowało mi większej ilości tego, za co ją chwalono. Już prędzej znalazłbym to w jednej z najsłynniejszych scen tanecznych w historii kina – w „Greku Zorbie” (projekcja: 31 lipca).

Jako największe wydarzenie festiwalu reklamowany był koncert Grinderman na Wyspie Słodowej. Planowany czas rozpoczęcia: 29 lipca, godz. 22. Kilka dni przed festiwalem dorzucono support w postaci The Lollipops, więc z wyjściem się nie spieszyłem. Błąd. Niestety dopiero przed chwilą doczytałem informację, że Polacy w ramach koncertu o 22:00 zagrają o 20:30. Nie lubię strony internetowej Nowych Horyzontów… Gdy dotarłem na Tamkę (wyspę tak tajną, że nie ma jej na festiwalowej mapce), Nick Cave już dziękował i nas żegnał. I tak zaskakująco wcześnie – było dopiero parę minut po 23. Wyczekiwana, rockowa gwiazda dała zaledwie godzinny koncert? Tak, wiem, wydała dopiero dwa albumy trwające łącznie ok. 80 minut. Repertuar tak ubogi, że sięgnęła jeszcze tylko po „Love Bomb” na bis i opuściła scenę. Trudno uwierzyć, że ceny biletów sięgały 210 zł, a poniżej trzycyfrowych kwot dostępne nie były. A granie na gałęzi oglądałem z bliska za darmo.

Lubię eksperymenty i wartościowe przekazy. Z muzycznej i filmowej części festiwalu (którą oczywiście zaliczyłem w małych wyrywkach) zapamiętam nakręconą pod koniec lat 20. scenę erotyczną, gałąź jako instrument i co nieco o irańskiej kulturze. Niemało wrażeń jak na trzy dni. Jak na pełne jedenaście – w sam raz.

Reklamy

, , , , , , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s