Szkic na oceanie

To ja go wypatrzyłem. Tratwa z masztem, a na niej mężczyzna w średnim wieku. Nie wzywał nas, ale wiedział, że go zauważyliśmy. Czekał cierpliwie, aż do niego podpłyniemy.
Kapitan przywitał go osobiście. Zdziwił się, że jest w takiej dobrej formie, nie zdradza najmniejszych oznak wyczerpania. Był przygotowany na niesienie rozbitkowi wszelkiej pomocy, ten tymczasem uśmiechał się i trzymał się prosto, jakby dopiero co wyszedł z domu. Jedynie jego ubiór świadczył o tygodniach, może nawet miesiącach spędzonych na oceanie.
Trudno było w to uwierzyć, ale w mesie opowiadał, że wypłynął na otwarte wody z własnej woli. Mieszkał przez pół życia wśród Indian, aż coś, jakaś wewnętrzna siła nakazała mu opuścić wyspę i udać się z powrotem między ludzi swojej rasy. Sam zbudował tratwę i ruszył z pierwszym odpływem. Przed słońcem chroniła go płachta materiału, służąca też za żagiel. Żywił się łowionymi nieustannie rybami. Wodę odsalał metodami, których nauczyli go Indianie. Oficerów i pasażerów zadziwiła jego opowieść. Chociaż nie mogli zrozumieć jego motywacji i zastanawiali się, czy za tym życzliwym, zdecydowanym wyrazem twarzy nie kryje się szaleniec, podziwiali go za zdolność przetrwania. Był jak książkowy bohater, który przybrał namacalną formę.
Trzeciej nocy jego pobytu u nas znowu pełniłem wachtę. Zobaczyłem go zmierzającego na rufę, gdzie przycumowana była jego tratwa. Zaniepokojony jego zachowaniem podszedłem bliżej. Z zaskoczeniem odkryłem, że ubrany jest znowu w swoje łachmany i właśnie zamierza opuścić pokład. Spytałem go, co robi. Odpowiedział, że odpływa, i poprosił, żebym nie wzywał kapitana, ale rano przekazał mu od niego podziękowania za gościnę. To mi nie wystarczyło. Domagałem się wytłumaczenia.
– Widzisz – odpowiadał. – Ja nie potrzebuję waszych deserów, tak samo jak wy nie potrzebujecie moich ryb. Ja nie potrzebuję waszych koszul i garniturów, a wy nie potrzebujecie, żebym oddał wam ostatni strzęp ubrania. Ja was nie potrafię uratować, a wy nie musicie ratować mnie. To nie do was przypływam, dlatego teraz ruszam dalej, szukać tych, którzy być może już czekają.
Chciałem go zatrzymać, ale spełniłem jego prośbę. Patrzyłem, jak oddala się za horyzont. On się nie obejrzał ani razu. Odczułem niezrozumiałą tęsknotę. On miał na tej tratwie wszystko. Ja zostałem na oceanie sam.

Reklamy