Szkic Atlasa i Afrodyty

Adoratorów miała bez liku. Każdemu jej krokowi towarzyszył jęk rozkoszy tego, który chciał być jej podnóżkiem, lub mlask tego, który całował ziemię, po której stąpała. Łąki pokrywały się kwiatami dopiero w momencie jej przybycia. Drogocenne kruszce wydobywały się jak spod ziemi, ale od razu obrobione.
– A co ty możesz mi dać? – spytała z udawanym zaciekawieniem wpatrzonego w nią tytana.
– Wszystkie gwiazdy na niebie i Księżyc, najczystsze nocne niebo, jakie kiedykolwiek widziałaś.
– Więc mi je daj.
Odszedł, dźwigając na barkach sklepienie niebieskie, zabierając ze sobą dzień, Słońce, chmury, burze i porywisty wiatr, zostawiając ją z niczym niezmąconą nocą.
Nie widzieli się potem latami. Czasami wydawało jej się, że dostrzega go na horyzoncie, lecz on zaraz umykał. Jakby ją wyczuwał. Pozostawał nieuchwytny i w oddaleniu.
W końcu się jednak spotkali. Czekała, aż coś do niej powie, ale on milczał i zerkał na nią tylko ukradkiem. Nie wytrzymała.
– Noc była piękna. Długa i rozkoszna.
Krążyła wokół niego, rozglądając się zalotnie. Nie odpowiedział.
– Dlaczego nie zostawiłeś tego ciężaru i nie przyszedłeś do mnie?
– Powierzono mi ten ciężar. Mam za zadanie go dźwigać – mówił ze spokojem.
– Więc dlaczego nie przyszedłeś do mnie razem z nim?
– Dałem ci gwiazdy na wieczność. Nie mogę ci ich odebrać.
– Nawet gdybym tego chciała?
Wpatrywał się w nią przez chwilę w milczeniu.
– Więc powiedz, że ich już nie chcesz. Że teraz chcesz czegoś innego.
Zamilkła.
– Jesteś w stanie mi powiedzieć, czego pragniesz?
Wciąż się uśmiechała, ale unikała jego wzroku. Zdawała się szukać kogoś, w kogo kierunku mogłaby się oddalić.
– Myślę, że odpowiedź jest zapisana w gwiazdach. Zostań tu, pokażę ci je jeszcze raz. Kiedyś opowiesz mi, co w nich wyczytałaś.

Reklamy