Nadodrze – transformacja, rewitalizacja, gentryfikacja

Kilka dni temu L.U.C. narobił dymu (dosłownie) nad jednym z bardziej charakterystycznych, wrocławskich bloków mieszkalnych. W pierwszej chwili można było pomyśleć, że to kolejny happening w ramach akcji Pospolite Ruszenie, ale nie – artysta po prostu promował swój nowy album. Widocznie stwierdził, że tyle już zrobił dla blokowisk, że teraz blokowiska powinny zrobić coś dla niego. Oto przykład nieprzyjemnego zatarcia granicy między działalnością społeczną a show businessem. Droga do utraty wiarygodności. A przy tym dowód na to, że wielce płodnemu L.U.C-owi już pomysłów brakuje – motyw z pojazdem kosmitów ukrytym pod blokiem mieszkalnym znany jest przecież z „Predatora 2”. Ale co ja tu o fantastyce, gdy kto inny ujmuje ten sam problem urbanistyczno-architektoniczny w sposób bardziej przyziemny i w szerszym kontekscie?

Impreza „Krytyki politycznej” w Falansterze, 24 października, rozpoczęła się od projekcji filmu dokumentalnego w reżyserii Łukasza Konopy, zatytułowanego tak samo, jak właśnie promowany, nowy numer czasopisma – „Miejsca transformacji”. Ukończona w tym roku produkcja przedstawia kolejno cztery miasta – Kijów, Gdańsk, Berlin i Cieszyn – w których wciąż trwa proces rozpoczęty wraz ze zmianą ustroju. W przypadku stolicy Ukrainy występuje fasadowa europejskość i rozpoczynanie projektów, których nie daje się ukończyć lub które tak naprawdę mijają się z celem, jak np. pomysł budowy reprezentacyjnego skupiska domów, każdego w stylu innego kraju – jeśli wierzyć filmowi, miałyby one tylko „wyglądać”, bowiem wnętrza posiadałyby już zwykłe, zaś jako część miasta nie zostało to z głową rozplanowane. Bliższy i łatwiejszy do zrozumienia dla Polaków jest temat Stoczni Gdańskiej – industrialnych terenów, na które każdy ma inną koncepcję: od przywrócenia części dawnych funkcji, poprzez park, po zburzenie wszystkiego i zbudowanie nadmorskiego osiedla. Zarówno w tym przypadku, jak i Berlina, pojawiła się idea rewitalizacji przez oddanie terenu artystom (co stosują również władze Wrocławia – na Nadodrzu). Problem w tym, że rozwiązanie to miałoby charakter tymczasowy, bez określonego terminu – po prostu aż ktoś „da więcej”. Występuje też zagrożenie gentryfikacją. Kwestia Cieszyna jest przy tym banalna. W epilogu filmu pokazane zostało miasto kiedyś rozdzielone granicą, obecnie próbujące zatrzeć ślady po tamtych czasach. Reżyser sprawnie jednak „pogłębił” problem, by kupić widza, pokazując bawiące się w dawnych budynkach straży granicznej dzieci. Oj, tani chwyt. Nie można było podkreślić irracjonalności lokalnej polityki historycznej, niezwracającej uwagi na funkcjonalność istniejących obiektów, w mniej ckliwy sposób?

Drugim punktem programu była dyskusja z udziałem (od lewej): Przemysława Witkowskiego (z „Krytyki politycznej” – w roli moderatora), Tomasza Skoczylasa (z działającego głównie na Nadodrzu stowarzyszenia Akcja Lokatorska), Joanny Erbel (socjolożki, z „Krytyki politycznej”) i Przemysława Filara (prezesa Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia).

Oni skupiali się już nie na Kijowie i Berlinie, lecz na polskim podwórku. Wspominano m.in. o Dolinie Rospudy i o Wałbrzychu, mnie jednak najbardziej interesował Wrocław, a w szczególności Nadodrze, o którego tzw. rewitalizacji wspomina się tak często, że zaczęło to przypominać slogan. Być może wkrótce to samo czeka Psie Pole, ale na razie swoje pięć minut ma osiedle będące, jak to określono podczas spotkania, esplanadą Rynku. Niestety widoczne jest, że nie potrafimy zdefiniować jego funkcji. Najwyraźniej po prostu nam się nie chce – bo chociaż sformułowaniem „rewitalizacja Nadodrza” wymachuje się jak flagą, są przecież „ważniejsze” projekty: Stadion Miejski, Tramwaj Plus, AOW, obwodnica wschodnia, Europejska Stolica Kultury… W efekcie miasto konsekwentnie odmawia polityki społecznej. A co będzie po 2016 r. – gdy wyczerpie nam się lista wielkich przedsięwzięć? Jak przewiduje Erbel, usłyszymy: „organizujcie się sami”.

Biorący udział w dyskusji kreślili dość ponure wizje. Wspomniano m.in. o biznesmenach przejmujących kamienice dzięki niejasnościom własnościowym. Filar opowiedział, że według jednego z ostatnich planów Dutkiewicza we Wrocławiu do 2014 r. ma być zero mieszkań komunalnych. Oczywiście nikt nie wierzy, że to się uda. Za niewłaściwy uznano jednak nie sam fakt, że polityką miasta jest wyprzedawanie mieszkań, tylko brak  poświęconej temu debaty. Chyba Skoczylas powiedział, że daliśmy sobie odebrać prawo mieszkańców do miasta. Jako przykład podano Centrum Rozwoju Zawodowego, które ma powstać na Nadodrzu, w budynku dawnej pralni. Według rozmówców jedyne konsultacje z wrocławianami w tym temacie dotyczyły jego nazwy. Sam pamiętam, że internauci mogli zagłosować m.in. na Pralnię albo Krzywy Komin. Erbel przytoczyła podobną historię z ostatnich dziejów Warszawy, kiedy to w kwestii budowanego mostu mieszkańcy mieli wpływ jedynie na jego nazwę, ale prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz nawet ten wybór potraktowała jako niewiążący. Oczywiście można dyskutować, mieć pomysły, ale nawet jeśli się uda przebić z nimi do władz, one na koniec zbiorą je wszystkie, razem ze swoimi, i dokonają ich podziału na kluczowe i na irracjonalne. Tak naprawdę wszystko jest więc z góry przesądzone. Minimalizowana jest zresztą nie tylko możliwość decydowania – PO ograniczyło również dostęp do informacji publicznej. Teraz trudniej jest się nawet dowiedzieć, o czym się chce dyskutować.

Podczas dyskusji wielokrotnie wspominano o gentryfikacji. Jeśli dobrze zrozumiałem, to modernizm doprowadził do przejścia od podziału poziomego do pionowego, czyli do skupiania się na danym obszarze jednej grupy społecznej. Według zgromadzonych odpowiedzią na problem jest autentyczność. Ilona Witkowska jako wyznacznik prawdziwego charakteru Nadodrza wskazała małe zakłady, obecnie zanikające (dokładniej opisane m.in. w projekcie „Ginące zawody Śródmieścia”). Jeśli pozwoli się, żeby wymarły, i jeśli się nie rozbudzi u mieszkańców identyfikacji z osiedlem, wtedy za jego nazwą nic nie będzie stało i żadna siła nie dokona prawdziwej rewitalizacji. Nadodrze musi samo powalczyć, żeby stanąć na nogi, bo ze strony miasta może liczyć tylko na działania pozorne i powierzchowne. Przykład: ul. Pomorska, która – według jednego z biorących udział w dyskusji – po remoncie jest nadal przeklinana przez kierowców, bo nikomu nie przyszło do głowy, żeby wreszcie wymalować na niej pasy ruchu. Brak chęci czy zdolności do kompleksowego myślenia?








Jednak pofantazjuję – jak ten cały L.U.C., dla którego bloki są zbyt kolorowe. Wyobraźmy sobie, że miasto odnowi większość kamienic Nadodrza – że będą ładne i czyste. Czy dążymy do posiadania najpiękniejszych slumsów na świecie? Można tu wpuszczać artystów, tworzyć placówki sprzyjające rozwojowi mieszkańców na różnych płaszczyznach, ale odnoszę wrażenie, że tutejszy lud i władze wciąż dzieli mur, a kontakt między nimi jest mocno pośredni. W całej transformacji kontrolowany był tylko pierwszy moment. Od tamtej pory trwa poszukiwanie stabilizacji. Problem w tym, że warstwy się rozjechały, poszły w różne strony i nie potrafią się z powrotem zejść. Podział jest faktem.

Reklamy

, , , , , , ,

  1. #1 by emilya on Październik 30, 2011 - 01:43

    Widzę, że dyskusja była interesująca.

  2. #2 by Krasnal Adamu on Październik 30, 2011 - 09:12

    Interesująca, tylko chyba nie do końca zrozumiałem. W nocy przeszedłem się Pomorską i się teraz zastanawiam, czy im z tymi pasami nie chodziło jednak o przejścia dla pieszych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s