Sylwester nad Odrą, ale kraj nad Wisłą

„Kochana córeczko. Życzę ci, żeby ten nowy rok był lepszy od poprzedniego, bo poprzedni był chujowy” – te zasłyszane kiedyś w autobusie, złożone przez telefon życzenia przypomniały mi się w ostatniego Sylwestra nie bez powodu. Oparte są przecież na schemacie, z którym trudno jest się nie zetknąć. Ja 31 grudnia tego roku podsłuchałem przypadkiem parę takich rozmów, w których na wierzch wychodziła cała nasza skłonność do narzekania i wytykania, że było źle. A dla mnie o wiele gorzej jest właśnie w samego Sylwestra. Przede wszystkim wkurza mnie hałas emitowany przez idiotów we wszelkim wieku, potrafiących rzucać petardy przechodniom pod nogi, powodujący, że co wrażliwsze zwierzęta domowe chowają się na parę godzin w kątach, w których w tym czasie załatwiają również swoje potrzeby fizjologiczne. Do tego zachowania ludzi budzące we mnie niesmak. Hit roku? Facet, który tańczył w Rynku, trzymając swojego synka na barana. Dzieciak wystraszony, beczy, ale gość się nie przejmuje – bawi się. W końcu to „Sylwester z Dwójką”!

Na miejsce przybyłem ok. godz. 21. Minąłem toalety na parkingu na pl. Solnym, z którego usunięto na tę okazję samochody. Niebieskie budki stanęły też tradycyjnie w Przejściu Garncarskim – dla widzów wewnątrz zagrody.

Na ustawionej w rogu Rynku, przy kościele Elżbiety, scenie Zakopower grał właśnie swoją piosenkę reklamową przeciętnemu telewidzowi znaną jako „Nie kochaj, nie kochaj – zbudujesz dom”. Podczas następnego kawałka reflektory dawały mi nierytmicznie i denerwująco po oczach, poza tym na wysokości Sukiennic muzykę słychać było kiepsko, przeszedłem się więc w poszukiwaniu lepszego miejsca. Niestety o zadowolenie było trudno. Pod samą scenę się nie przepychałem. Pod pierzeją zachodnią – bolesna dominacja basów i trudno zrozumieć, co mówią. Sensownie robiło się dopiero po przeciwnej stronie – między Przejściem Żelaźniczym a Garncarskim, ale tam widać było byle jak i stało się w ciągu komunikacyjnym. Zacząłem się zastanawiać, gdzie jest jakiś telebim. Są przecież kamery, a licznie zgromadzony lud powinien mieć możliwość dojrzenia, co się na tej odległej scenie dzieje. Ostatecznie zatrzymałem się w jednym z najlepszych miejsc. Z boku sceny. Nie widziałem jej przez to bezpośrednio, ale za to dokładniej, bo na odnalezionym wreszcie ekranie. Poza tym – warunki idealne: dobre nagłośnie i tłum na tyle rzadki, że z miejscem nie było żadnego problemu.

Przez scenę tymczasem przewinęli się konferansjerzy, w tym występujący w duecie Hubert Urbański i Grażyna Torbicka, a także Tomasz Kammel próbujący sprzedać samochód za SMS-a.

Odtworzono też nagranie składającego noworoczne życzenia od kapitana Wrony, po czym Kayah wykonała m.in. „Śpij kochanie, śpij” i „Prawy do lewego”.

Lecha Janerkę oglądam zawsze z przyjemnością. Niestety impreza sylwestrowa to masówka, nie można więc było raczej liczyć np. na „Strzeż się tych miejsc”, tylko na „Konstytucje” (ze sprzężeniem zwrotnym na początku) i „Jezu, jak się cieszę”. Żeby jeszcze bardziej zwiększyć poziom radosnej przebojowości, do zespołu dołączył Damian Ukuje, zwycięzca telewizyjnego talent show „The Voice of Poland”. Do pierwszego utworu dodał wokalizę pod koniec, natomiast w drugim przejął obowiązki głównego wokalisty. Efekt ciekawy, tylko za mało janerkowy.

Mimo wszystko zrobiło się mroczniej, a to dzięki Las Balkanieras z klubową wersją utworu „Kalinka”. Folk miał być gatunkiem tej nocy dominującym. W tym przypadku równocześnie był wyraźny i był tylko domieszką. Dla mnie – miłe zaskoczenie i przebój wieczoru.

Po animowanych życzeniach od Andrzeja Dudzińskiego scenę zajęła kolejna gwiazda rocka – T.Love. Muniek zwyzywał publiczność od przyjaciół, zespół zagrał m.in. „IV L.O.” i, z udziałem Pablopavo z Vavamuffin, „I Love You”… Wolałbym usłyszeć „Jest super”.

Pako Sarr wykonał mało porywającą wersję „No Woman, No Cry” Boba Marleya, poprzedzoną niezbyt pasującym intrem L.U.C-a – stylistyczna mieszanka jak w radiu. Senegalczyka wizualnie wspierali, jak zresztą i kilku innych artystów wcześniej, aktorzy Teatru Muzycznego „Capitol”. Po jego występie zaśpiewali i zatańczyli już na własny rachunek – „Wodnika” z „Włosów”.

Podczas kolejnej zapowiedzi Torbicka zgrabnie nas poinformowała, że Wrocław znajduje się nad Odrą, a Polska – nad Wisłą. Potem nadszedł punk – R.U.T.A. w składzie rozszerzonym bardziej niż zwykle. Na scenie zobaczyliśmy m.in. Roberta Materę z Dezertera (chyba najrzadziej pokazywanego przez kamery członka kapeli), Białorusinkę o wspaniałym głosie – Nastę Niakrasawą związaną m.in. z zespołem FolkRoll oraz baskijscy muzycy działający pod szyldem Esne Beltza, którzy zresztą zaczęli ten set. Po „Z batogami na panów” Guma pozdrowił wszystkich Białorusinów, tylko nie Łukaszenkę, a Nasta pięknie zaśpiewała „Drobnicę”.  Później wykonano jeszcze m.in. „Gore!”, zanim to się jednak stało, na ekranie zobaczyłem gadających coś ze sceny, nagranych oczywiście wcześniej, Torbicką i Urbańskiego, po czym przed oczami przewinęła mi się lista płac. Koniec części pierwszej. Trochę dziwnie się złożyło, że przerwę w transmisji zaplanowano akurat w trakcie występu najbardziej niepoprawnego politycznie.

Dalsza część imprezy rozpoczęła się od powrotu trzech dziewczyn z Las Balkanieras, jednak wykonany utwór zniechęcił mnie. Niska temperatura zresztą też. Było dopiero ok. 22:30, ale drugiej części notki nie będzie.

Reklamy

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s