Mężczyźni, Moulin Rouge i pauza

Podobno we Wrocławiu jest coraz więcej klubów ze striptizem. Nie wiem, nie sprawdzałem, więc notka będzie nudna. Jeśli już oglądam taniec erotyczny, to tylko w teatrze. O paru takich niekompletnie ubranych sztukach…

Centrum Inicjatyw Artystycznych to jeszcze jeden przykład wykorzystania starego, fabrycznego budynku przez niezależnych artystów. Z klatki schodowej wyglądającej, jakby nie zakończono jeszcze budowy, wchodzi się do zadbanych pomieszczeń, w tym do obwieszonej czarnymi zasłonami salki teatralnej, w której, w ramach „wtorków z Variete’s”, 15 stycznia obejrzałem musical „Cyganeria”.

Sam tytuł budzi skojarzenia z operą Pucciniego, jednak nic więcej moich myśli na ten tor nie skierowało. W zapowiedzi usłyszeliśmy natomiast, że twórcom chodziło o odtworzenie klimatu kabaretu Moulin Rouge. Rzeczywiście, w oczekiwaniu na akcję przez ok. 40 minut obserwowałem sześć kobiet wyginających ciała do takich przebojów, jak „Fever” i „You Can Leave You Hat On” (chyba nie był to ani Little Willie John, ani Joe Cocker), a także do piosenek wykonywanych przez siebie, i oceniałem: która najlepiej śpiewa, która najlepiej tańczy, jak im wychodzi synchronizacja w układach na 2-3 osoby. Podział musiał być zauważalny już ze względu na to, że narzucił go autor sztuki. Postacie rozłożyły mi się równomiernie między dwoma biegunami, z których na jednym znajdowała się oddana namiętnemu, energetycznemu tańcu, wiecznie uśmiechnięta, kusząca w milczeniu dziewczyna, zaś na drugim – kobieta ze smutkiem przypominająca, że ona też jest człowiekiem i posiada uczucia. Z czasem doszedłem do wniosku, że tak naprawdę spektakl miał tylko trzy bohaterki, rozdwojone, by pokazać… Powierzchowność i wnętrze? Młodość i dojrzałość?

Najlepiej bym się czuł, gdybym na tym zakończył wyciąganie wniosków i poszukiwanie sensu. Niestety po zerknięciu na opis i obsadę spektaklu muszę przemyśleć sprawę od nowa. Miało wystąpić nie sześć kobiet, tylko pięć kobiet i mężczyzna? Wśród postaci mieli być też żonglerzy i akrobaci? O co chodzi? Czyżby ostateczny kształt i domniemane przesłanie tego przedstawienia było efektem czyjejś nieobecności? Może więc powinienem podziwiać, jak wiele potrafi zdziałać przypadek? Wolę zostać przy poprzedniej wersji. Może oszukuję siebie, ale podoba mi się to, co dostrzegłem.

Żeby było zabawnie (uwaga, zmieniam temat, żeby się nie pogrążać), w poprzedniej sztuce teatralnej, którą oglądałem, również usłyszałem „You Can Leave Your Hat On”, towarzyszące tańcowi erotycznemu, z tą różnicą, że… męskiemu. Jakie emocje wzbudziła we mnie taka scena kulminacyjna? Konferansjerka na samym początku przedstawienia dała mi nadzieję, że będę świadkiem zabawy z formą, a konkretnie – z widzem. Niestety potem było już przeciętnie. „Andropauza – męska rzecz. Zdecydowana odpowiedź na «Klimakterium»” autorstwa Jana Jakuba Należytego nie zachęciła mnie do żeńskiej odmiany sztuki, a ponadto rozbudziła podejrzenie, że sama ewentualny sukces może odnieść tylko dzięki temu nawiązaniu.

Do Sali Audytoryjnej Wrocławskiego Centrum Kongresowego wybrałem się na spektakl pożegnalny, 22 maja 2012 r. Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale nazwiska aktorów – pacjentów sanatorium i ich lekarza zagrali Maciej Damięcki, Marek Siudym, Jacek Kawalec, Ryszard Kotys i Michał Pietrzak – pozwoliły mi mieć nadzieję, że nie będzie to kompletny gniot. Rzeczywiście, źle nie było. Pierwszą część uznałem nawet za poprawną. Dopiero druga mnie dobiła. Owszem, zabawnie było obserwować starszych panów próbujących się odmłodzić, np. rapującego w bluzie z kapturem Damięckiego, i śmiało ocierających się o kicz w scenach muzycznych. Czy ze strony autorów było to rzeczywiście okazanie dystansu i śmianie się z siebie, mam jednak wątpliwości, bowiem dość niezgrabnie wprowadzony wątek goryla przypominał mi właśnie dziwne, chłopięce fantazje. Wprawdzie niektóre żarty i złote myśli uważam za udane, ale w większej części były one przewidywalne, a niektóre, np. z braci Mroczków, już znane.

Istnieje jeszcze szansa, że mógłbym odebrać ten materiał inaczej. Warunki są dwa. Pierwszy to lepsze nagłośnienie. Tego wieczoru w Sali Audytoryjnej szwankowało na parę sposobów. Przede wszystkim dodawany sporadycznie pogłos bardziej rozpraszał widza, niż podkreślał wypowiedzi. Drugi to obsada. Do tej nie miałem żadnych zastrzeżeń, ale interesuje mnie, jak by wypadła „Andropauza” z Dariuszem Gnatowskim i Piotrem Skargą. Nie spodziewam się, że zostałaby przez nich uratowana.

Po spektaklu skoczyłem jeszcze zobaczyć fontannę multimedialną. Odnoszę wrażenie, że wciąż brakuje kogoś, kto by potrafił ułożyć na nią ciekawy program. Zamiast tego mamy napieprzanie latającymi kolorami, które w ciągu paru minut staje się nudne. Wielu ludziom się to jednak podoba, podobnie jak „Andropauza”, która przyciągnęła niemałą publiczność i dorobiła się już drugiej części. Tymczasem to, co pobudza do myślenia, pozostaje niszowe, odpowiada garstce. Po komedii Należytego w głowie została mi tylko piosenka do prostaty. Z „Cyganerii” zapamiętam natomiast… Dobra. Co wyniosłem z „Cyganerii”, to moje.

Reklamy

, , , , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s