Polacy wandalizmem walczący

Kilka dni temu o godzinie 17 zawyły syreny. Dlaczego? Bo 1 sierpnia 2013 r. przypadła 69. rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Okrągła nie jest, a jednak nie usłyszeć ostatnio nic związanego z tematem było trudno. Przede wszystkim parę tygodni temu głośno było o pomyśle Związku Powstańców Warszawskich, żeby zastrzec „kotwicę” Polski Walczącej jako znak towarowy. Był to też okres, w którym zacząłem zauważać te symbole nowo wymalowane na ulicach, np. na przystanku Radio i Telewizja (przy al. Karkonoskiej) oraz przy skrzyżowaniu ul. Gajowickiej z ul. Grochową.

W okolicach samej rocznicy natomiast we Wrocławiu pojawiło się sporo „kotwic” od szablonu. Bez plątania się po mieście znalazłem bodajże kilkanaście, białych, czerwonych i czarnych, pokrywających w większości gładkie i jednokolorowe ściany kilkudziesięcioletnich budynków, m.in. na ul. Wyszyńskiego, Sienkiewicza, Drobnera, Dubois, Grodzkiej, Szewskiej, Uniwersyteckiej, Piłsudskiego, bulwarze Jasińskiego i Podwalu, w tym na… gmachu sądu.

Bez problemu znalazłem najbardziej odpowiadające mi określenie tej „działalności”: wandalizm. Chodzi o wyrażenie solidarności z powstańcami? Podobnie mogą się tłumaczyć ci, którzy poprzez malunki na murach okazują sympatię piłkarskiej drużynie Śląska (nie tylko we Wrocławiu). To zupełnie inna sprawa? Tak, na pewno poważniejsza, twórcy mogą być tak samo zaangazowani społecznie jak ten, który swego czasu powypisywał na przystankach markerem, że PO to żydoliberały. Przekaz jest pozytywny? Nie wiem, nie znam motywacji sprawców. Załapałem za to, że chodzi o nawiązanie do dawnych czasów – gdy symbole te również malowano na ścianach. Niestety mam do przekazania przykrą nowinę: wojna się już skończyła – panuje pokój, nie ma okupanta, miasto jest nasze, my się nim opiekujemy, a do naszych obywatelskich obowiązków należy dbanie o porządek na jego ulicach. Chcesz coś zamanifestować „kotwicą”? Powieś ją sobie na szyi, wydrukuj na koszulce, kup kubek, przypinkę lub polar damski, wytatuuj ją sobie na przedramieniu, ale nie umieszczaj jej nielegalnie na ścianach budynków, bo będziesz zwykłym wandalem, a nie świadomym patriotą.

Po tym emocjonalnym wstępie mogę się pochwalić: zwiedziłem Muzeum Powstania Warszawskiego. Było to 27 kwietnia 2013 r., więc trochę czasu już minęło i mogę to, co zobaczyłem, przeanalizować na spokojnie.

Trudno nie pozostawić bez komentarza pamiątek z muzeum. Już wcześniej zwrócono mi uwagę, że na ulotkach tam nie oszczędzają. Rzeczywiście, sporo ich przywiozłem do domu. Większość z nich to historia powstania dzień po dniu przedstawiona w formie kartek z kalendarza. Zaskoczony zostałem zresztą już przy kasie – wielkością biletów, które na długość nie mieściły się na arkuszu A4. Trzy razy mniejsze by wystarczyły.

Zaraz po wejściu zacząłem się załamywać niedociągnięciami tego nowoczesnego muzeum. Na ekranie telewizora: Władysław Bartoszewski mówiący – według napisów na angielsku – „Every decision was bed”. Wspomnienia uczestników powstania ze słuchawek starych aparatów telefonicznych: niełatwe do zrozumienia, zwłaszcza przy większej liczbie zwiedzających i wytwarzanym przez nich zgiełku. Eksponaty w niektórych pomieszczeniach: źle oświetlone – za słabo lub pod niewłaściwym kątem. Jeśli chcieli, żebym się poczuł głuchy, ślepy, a do tego nieznający języka angielskiego, to dobrze im szło. Te drobiazgi jednak pewnie wiele osób może olać. Gorzej z pulpitami z ekranami dotykowymi. Wydaje mi się, że w mniejszym lub większym stopniu szwankowała połowa z nich, zwłaszcza przy wystawie prezentującej pistolety i karabiny. Jeśli jakieś informacje podawane są tylko w komputerze, który po prostu nie działa, to odbieram to jako odcięcie mnie od części muzeum – a przecież zapłaciłem za wstęp. Za taką interaktywność dziękuję.

Podobała mi się za to możliwość przejścia się „kanałami”, a także taras ze zdjęciami, na których zaznaczono, które budowle w okolicy są przedwojenne. Szkoda tylko, że te widoki na miasto były już mało aktualne, w szczególności od strony południowej nie byłem w stanie rozpoznać nic. Zniszczone i ocalałe zabudowania pooglądać mogłem jeszcze w muzealnym kinie (wstęp za dopłatą), podczas projekcji filmu pt. „Miasto ruin” przedstawiającego powojenną Warszawę widzianą z krążącego nad nią samolotu. Odstałem swoje w kolejce do tej komputerowej animacji w wersji 3D, ale niestety się zawiodłem. Chyba musiałbym być warszawiakiem i znać dobrze miasto, żeby mnie to ruszyło. Mimo że pochodzę z Wrocławia, którego niektóre dzielnice również mocno ucierpiały, nie podziałało to na mnie tak, jak chyba powinno. A może to właśnie dlatego, że pochodzę z Wrocławia, którego niektóre dzielnice również mocno ucierpiały, więc się po prostu oswoiłem i nie było szansy, żebym przeżył wstrząs? W każdym razie za większy sukces uważam umieszczenie podwórza muzeum na Google Street View.

Obiekt – wykorzystujący budynek dawnej elektrowni tramwajowej z częściowo zachowanym wyposażeniem – jest niemały i na jego zwiedzaniu można spędzić kilka godzin, logiczne jest więc, że urządzono w nim kawiarnię. Nie dziwi też, że stylem nawiązuje ona do czasów II wojny światowej. Mnie się najbardziej spodobał gramofon. W kwestiach muzycznych, ten zabieg był dla mnie bardziej zrozumiały, niż puszczanie w windzie „Marsylianki” (jeśli to w ogóle była „Marsylianka” – bo podpisu nie zauważyłem, a tekstu nie rozumiałem). Co ma hymn Francji do powstania warszawskiego – nie wiem.

Najbardziej – obok zepsutych ekranów dotykowych – nie podobała mi się w muzeum wizja twórców, zgodnie z którą postawiono nie na samo zebranie i opisanie eksponatów z czasów II wojny światowej, ale na klimat. Już więc prawie od samego wejścia, od ściany z plakatami, zadawałem sobie pytania, na które nie widziałem odpowiedzi. Co jest oryginalną pamiątką, a co reprodukcją lub nawet dziełem współczesnym? Co naprawdę dotyczyło powstania, a co miało tylko tworzyć nastrój? Prawda czy wrażenia? Muzeum czy propaganda? Moja podejrzliwość rosła, aż przy biogramie Karola Świerczewskiego, po przeczytaniu zagadkowego „ginie w zasadzce pod Baligrodem”, pomyślałem, że to pewnie AK go zamordowało, tylko nie napisano tego wprost. W czasach polityki historycznej takie drobne przemilczenie by mnie nie zdziwiło. Już większe zaufanie mam do komiksu „Tytus, Romek i A’Tomek jako powstańcy warszawscy 1944”. Swoją drogą czekam, jak Papcio Chmiel i najsłynniejsze stworzone przez niego postacie wypromują Wrocław – Europejską Stolicę Kultury 2016. Bo na razie namalowane mamy „PW”.

Nie chcę kubka z „kotwicą” Polski Walczącej. Historię chcę mieć w książkach, którym mogę ufać – napisanych rzetelnie, bez emocji. Na obiektywność jeszcze jednak nie czas. Polska wciąż przeżywa wydarzenia sprzed siedmiu dziesięcioleci i pamięta, jak potraktowano później ich uczestników. Sprawa jest zbyt świeża, a tzw. elity, choć w zasadzie są zgodne, to i tak zbyt podzielone. Jeśli chcecie, to jedźcie do Warszawy, zwiedźcie to muzeum, ale błagam, nie mażcie mi potem po ulicach. Nie jesteście powstańcami.

Reklamy

, , , , , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s