Dwa dobre filmy o oszustach (z dodatkiem hipnozy)

Wśród oszustów wyróżniam dwie skrajności. Jedni to ci, których osobiście nie widuję, ale często o nich czytam i słyszę. Zaliczają się do nich walczący o władzę i wpływy politycy i urzędnicy, gadający bzdury nie tylko podczas kampanii wyborczych, ale również media, które miewają problemy z obiektywnością. Kłamią, bo tym się zajmują. Druga to mało znaczący ludzie, którzy nie mają co liczyć na sławę ani pieniądze, ale w swoim niewielkim środowisku i tak często zmyślają i naginają prawdę. Jeśli ich pobudki nie są czysto materialne, to można podejrzewać, że po prostu mają coś nie w porządku z głową. W takim przypadku oszukiwanie może być tylko jednym z wielu objawów.

Nieraz już widziałem na ulicach Wrocławia dwie grupy spierające się, co należy leczyć – homoseksualizm czy homofobię. Gdzie więc są osoby bezsprzecznie zdrowe? Ktoś kiedyś twierdził, że większość ludzi cierpi na paranoję. Jeśli nawet przyjąć, że tak naprawdę tylko ok. 20%, to trzeba uwzględnić również inne choroby i po przypomnieniu sobie, że „na każdego znajdzie się paragraf”, można uwierzyć, że zdrowi stanowią mniejszość. Przeciętny człowiek powinien więc znać wiele osób skrzywionych psychicznie. Z doświadczeń moich i moich znajomych… Sprawiający wrażenie jednostek dyssocjalnych ludzie szukający czyichś dokładnych danych osobowych, by temu komuś efektowniej grozić. Wielbiciele z manią prześladowczą. Młodzi ludzie z przypisanymi przez lekarza lekką ręką antydepresantami. Narcystyczni i pedantyczni do bólu inteligenci. Ludzie, którzy się naczytali mądrych książek, przez co słusznie lub nie dostrzegają u siebie objawy nekrofilii, neurotycznego poszukiwania miłości itp. I wreszcie moje ulubione – jeśli widzisz na swojej komórce 40 nieodebranych połączeń od jednej osoby w ciągu godziny, to jest to powód, by ograniczyć z tym kimś kontakt.

Jeśli rzeczywiście żyjemy wśród wariatów, a nawet jest bardzo prawdopodobne, że sami nimi jesteśmy, to pewnie wielu z nich jest przedstawianych w dobrym świetle. Wystarczy chodzić do kina. Niedawno sukcesy odnosił komediodramat „Poradnik pozytywnego myślenia” Davida O. Russela – historia miłości dwojga ludzi z problemami psychicznymi z paroma również niezbyt zrównoważonymi osobami w tle. Wkrótce do polskich kin wejdzie „American Hustle” – nowy film tego reżysera. O nim oraz opowiadającym o pogrążaniu się w obłędzie, konkurującym z nim do Oscarów w trzech kategoriach „Blue Jasmine” Woody’ego Allena, opinie moje poniżej.

„American Hustle” (z polskiego podtytułu „Jak się skubie w Ameryce” chyba zrezygnowano, a tłumaczenia „Amerykański przekręt” z zastosowaniu odnośnie filmu nie widziałem; polska premiera: 31.01.2014)
Pierwsze wrażenie: Christian Bale znowu przytył. Przy okazji swojej poprzedniej współpracy z Davidem O. Russellem, do filmu „Fighter” z 2010 r., znany z poświęceń dla ról aktor wyraźnie schudł. Wraz z bardzo dobrą grą przyniosło mu to wiele nagród i wyróżnień. Drugie spotkanie z reżyserem to dla niego również druga nominacja do Oscara, ale tym razem już w początkowych scenach poraża tuszą i wdziękiem Tony’ego Cliftona. Dorzuca do tego nowojorski akcent i… nie zachwyca tak jak w „Fighter”, ale i tak jest bardzo dobry. Nie potrafię sobie przypomnieć drugiego takiego aktora, który zwrócił na siebie uwagę krytyki jeszcze w wieku szkolnym, a w dorosłości nie przepadł, tylko osiągnął szczyty. Zresztą w „American Hustle” żaden z odtwórców pierwszo- i drugoplanowych ról – z których zresztą większość współpracowała z Russellem w jednym z jego dwóch poprzednich filmów – nie wypadł źle. O epizodycznym występie niewymienionego w napisach Roberta De Niro nie jest zbyt głośno, ale i o nim warto wspomnieć. Jak w przypadku „Poradnika pozytywnego myślenia”, poprzedniego dzieła Russella, cieszyłem się, że mogę zobaczyć aktora w roli dramatycznej, tak teraz jestem wprost wdzięczny reżyserowi, że właśnie w takich, nawet jeśli małych, go obsadza – a panowie planują już kolejny wspólny film.
Główny bohater „American Hustle” jest drobnym nowojorskim przedsiębiorcą z żoną i dzieckiem na utrzymaniu. Ma jednak też inne zajęcie, które ukrywa przed rodziną. Wraz ze swoją udającą angielską arystokratkę kochanką wyłudza pieniądze od ludzi liczących na dużą pożyczkę. Idzie im to świetnie, dopóki nie wpadają w sidła FBI. Dostają wtedy wybór: odsiedzieć swoje albo pójść na współpracę i pomóc przyłapać na korupcji kilka ważniejszych osobistości. Zgadzają się, ale brak doświadczenia „opiekującego się” nimi agenta FBI sprawia, że do akcji musi się włączyć żona oszusta. Z czasem relacje między głównymi bohaterami coraz bardziej się komplikują, rośnie napięcie i niebezpieczeństwo. Oszust musi igrać z ludźmi, których wolałby nigdy nie spotkać.
Russell zdaje się czuć w tej konwencji znakomicie. Dobór aktorów nie pozostawia nic do życzenia. Muzyka rozrywkowa z epoki bardzo dobrze tworzy klimat. Reżyser pokazał, że wie, jak zaprezentować ludzi w blasku reflektorów, a jak, żeby wyglądali karykaturalnie. Wiele elementów można pochwalić, a łączny efekt jest taki, że przez ponad dwie godziny spędzone na seansie „American Hustle” trudno jest się nudzić, jak i do czegokolwiek przyczepić. Film ma w sobie coś z „Żądła” i coś z „Chłopców z ferajny”. Gdyby z tego drugiego usunąć większość przemocy, dodać humor i podkręcić nieco akcję m.in. poprzez zastosowanie krótkich retrospekcji, otrzymałoby się podobne dzieło. Warto przy tym wiedzieć, że również ten dramat kryminalny z domieszką komedii oparty jest, chociaż luźniej, na prawdziwych wydarzeniach – przeprowadzonej przez FBI na przełomie lat 70. i 80. operacji Abscam. Koniec zdjęć zbiegł się zresztą w czasie ze śmiercią jednego z negatywnych bohaterów tej akcji. Angelo Errichetti, na którym wzorowany był zagrany przez Jeremy’ego Rennera Carmine Polito, zmarł 16 maja 2013 r. W filmie nie został przedstawiony jednoznacznie w złym świetle, ale może to i lepiej, że nie miał okazji obejrzeć swojego upadku.

„Blue Jasmine” (polska premiera: 23.08.2013)
Zastanawiałem się lekko już znudzony, w jakim teraz europejskim mieście Woody Allen nakręci komedię romantyczną. On jednak wrócił do Ameryki i zrobił dramat. Media w Polsce wciskały kit, że to komedia, więc warto podkreślić: dramat. Jest w nim typowa dla reżysera lekkość, jest parę zabawnych dialogów – uśmiałem się podczas sceny zwierzania się dzieciakom, przy tekście o prozaku, a także podczas awantury w sklepie – ale to jest dramat, do tego bazujący na motywach innego dzieła. Allen, który już wcześniej nawiązywał do słynnych książek, sztuk teatralnych i filmów – m.in. oparł się na „La Stradzie” w „Sweet and Lowdown” („Słodkim draniu”, 1999) i podszedł przewrotnie do „Zbrodni i kary” w „Match Point” („Wszystko gra”, 2005) – tym razem wziął się za „Tramwaj zwany pożądaniem”. W związku z tym zastanawiam się, czy powinienem chwalić „Blue Jasmine” za zaskakującą końcówkę. Scena w sklepie z gitarami w kapitalny sposób zmienia spojrzenie na przedstawione dotychczas wydarzenia, jednak ktoś, kto widział oryginalną sztukę lub którąś z jej filmowych adaptacji, mógł się czegoś w tym rodzaju spodziewać.
W mediach mówi się również, że Cate Blanchett zagrała znakomicie – i to akurat jest prawda. Po pierwszych kilku minutach filmu nie wykluczałem, że będzie robiła za żeńską odmianę Allena – podobnie jak Kenneth Branagh imitował styl reżysera w „Celebrity” – ale dała z siebie o wiele więcej. Pogrążanie się w obłędzie w jej wykonaniu to poważna rola dramatyczna i naprawdę mocny punkt całości, a nie wcielanie się w uroczego, komediowego neurotyka. Gdyby nie jej gra, film oglądałoby się inaczej, przede wszystkim nie miałby takiej siły, a tak zaliczam go najlepszych nakręconych w 2013 r. i ogólnie w dorobku Allena. Wszelkie nagrody dla aktorki i dla całego „Blue Jasmine” – zasłużone.
Jeszcze krótki opis dla tych, którzy nie widzieli „Tramwaju…” lub po przeczytaniu mojej recenzji spodziewają się wiernej kopii. Mąż tytułowej Jasmine trafił do więzienia za oszustwa finansowe. Przyzwyczajona do luksusów kobieta nie może się pogodzić z pogorszeniem warunków życiowych, źle znosi zderzenie z rzeczywistością. Przeprowadza się do swojej niezamożnej siostry. W nowym miejscu musi wybrać, czy od dna odbije się przez uczciwą pracę, czy przez kreowanie siebie na kogoś, kim już nie jest.

„Millerowie” („We’re the Millers”; polska premiera: 15.08.2013)
Trzy to liczba bardzo symboliczna i okrągła (tzn. posiadająca dwie krągłości zwane brzuszkami), a ponadto dobre filmy można też przedstawić na tle słabych, dlatego do dwóch powyższych dorzucam jeszcze jeden o oszustach.
Podszedłem do tej komedii z dziwnym przekonaniem, że to remake, jednak wygląda na to, że podejrzenie było błędne. Film nie ma nic wspólnego nawet z pochodzącym z tego samego roku sitcomem „The Millers”. To historia drobnego dilera, który przez głupotę swojego małoletniego sąsiada zmuszony jest odpracować stratę gotówki za towar przemytem narkotyków przez granicę z Meksykiem. Jako kamuflaż „zatrudnia” niekoniecznie go lubiących, niezwiązanych z tym interesem znajomych mających udawać jego żonę i dzieci.
Wydaje mi się, że głównym elementem przyciągającym na ten film widzów miał być striptiz Jennifer Aniston. Jakoś na mnie większe wrażenie, niż taniec erotyczny starzejącej się już powoli gwiazdy, którą nawet w tym filmie prześladuje sława z sitcomu „Przyjaciele”, wywarła męska scena rozbierana po ugryzieniu przez pająka. Ogólnie humor obraca się tu głównie wokół seksu. Na szczęście trafiają się też inne żarty, a także – mnie najbardziej rozbawiające – błędy, np. uproszczenia i dziury w scenariuszu. Na sceny typu „kierowca hamuje ostro na środku drogi, a w następnym ujęciu widać, że stoi na poboczu” jeszcze można przymknąć oko. Niestety zbyt niepojęte jest dla mnie, jak to możliwe, że podczas holowania jednego wozu kempingowego przez drugi, wszyscy siedzieli sobie spokojnie w tym z przodu. Kto kierował tylnym? Czyżby w Ameryce autopilot był już tak zaawansowany i legalny? Niezwykłe!

„Iluzja” („Now You See Me”; polska premiera: 28.06.2013)
Trzy to ładna liczba, ale następna też jest niezła. Czterej Jeźdźcy – pod taką nazwą działają główni bohaterowie filmu, sformowana w tajemniczy sposób grupka iluzjonistów-złodziei, po okradzeniu banku obserwowana przez FBI. Wśród aktorów grających jej członków oraz ludzi, których los postawił na ich drodze, znalazło się kilka znanych nazwisk – przede wszystkim Woody Harrelson, Michael Caine i Morgan Freeman – nie zagwarantowało to jednak naprawdę dobrego scenariusza. Owszem, rozrywka jest niezła, tempo odpowiednie, ale fabuła nie za bardzo trzyma się kupy. Z filmów z pokręconym, obejmującym wiele postaci wątkiem kryminalnym udanym ekstremum pozostają dla mnie „Dzikie żądze”. „Iluzja” jest prostsza i do pewnego stopnia przewidywalna, ale i mniej przemyślana. Podobno jest to związane z planowaną drugą częścią, w której ma zostać wyjaśnione to, co po pierwszej pozostało zagadką. Mnie takie tłumaczenie nie przekonuje. Jeśli wyłączy się rozum, tę bezkrwawą mieszankę kryminału z kinem akcji ogląda się dobrze – obserwuje się bacznie sztuczki magików, uśmiecha się przy scenie ze zbiorową hipnozą, zgaduje się, kto jest winny. Jeśli jednak komuś zależy na rozrywce inteligentnej, może się rozczarować.

„Trans” („Trance”; polska premiera: 14.06.2013)
Z tego filmu twórcy „Iluzji” mogliby brać przykład. Wprawdzie motyw hipnozy może budzić tu jeszcze większe wątpliwości, a scena niezauważonego morderstwa w biały dzień na ulicy wydaje się mało prawdopodobna, ale wątek kryminalny jest emocjonujący i ma sens. Kogoś może razić, że gangsterzy w pewnym momencie stają się karykaturalni, ale w tym widzę po prostu dystans brytyjskiego reżysera do schematów. Przy takim temacie trudno zresztą być całkowicie poważnym.
Pracownik domu aukcyjnego pomaga w kradzieży cennego obrazu. Niestety obiekt znika, a on sam traci pamięć. Po zauważeniu, że tradycyjne metody wydobywania informacji nie skutkują, złodzieje postanawiają wysłać swojego problematycznego kolegę na hipnozę. Sprawa się jeszcze bardziej komplikuje, gdy wybrana terapeutka orientuje się, kim naprawdę jest jej pacjent, i zaczyna prowadzić własną grę. W efekcie widz otrzymuje kryminał z dodatkiem surrealizmu, w którym prawdziwe wydarzenia mieszają się z wyobrażeniami. Nie jest to szczytowe osiągnięcie Danny’ego Boyle’a, który w swej karierze i tworzył dzieła kultowe, i rozczarowywał, ale w tym przypadku widz powinien być zadowolony.
Jeśli komuś po seansie będzie mało, może jeszcze zwiedzić oficjalną stronę filmu i pobawić się przez kilka minut w odkrywanie „wspomnień”.

„Hipnotyzer” („Hypnotisören”; polska premiera: 17.05.2013)
Kryminały szwedzkich pisarzy święcą ostatnio największe sukcesy od dziesięcioleci, a może i w całej swojej historii. Tym razem jednak na ekrany trafił nie Kurt Wallander z książek Henninga Mankella, nie Mikael Blomkvist z serii „Millennium” Stiega Larssona, nawet nie Martin Beck tworzącego w latach 60. i 70. XX w. duetu Maj Sjöwall i Pera Wahlöö, tylko komisarz Joona Linna i pierwsza z dwóch dotychczasowych części jego przygód autorstwa małżeństwa działającego pod pseudonimem Lars Kepler.
Druga różnica jest taka, że szwedzki kryminał został nakręcony w Szwecji i przez szwedzkiego reżysera. Przyjąłbym z góry, że to film, który nie miał za zadanie budzić zainteresowania poza krajem swego powstania, gdyby nie reżyser – nie byle jaki. Oto Lasse Halström, który od początku lat 90. pracował prawie wyłącznie w Ameryce, a sporadycznie w Wielkiej Brytanii, w 2012 r. znów podpisał się pod ojczystą produkcją. Choć dotychczas najlepiej radził sobie z innym gatunkiem filmowym, można było mieć nadzieję, że z tego połączenia wyjdzie coś godnego uwagi. Niestety nie potrafię twierdzić, że się udało.
Film o hipnotyzerze wydobywającym z pchniętego parę razy nożem chłopaka w śpiączce, który jako jedyny przeżył atak mordercy na swoją rodzinę, informacje o zbrodni, od początku wydaje się naciągany. Zadziwia już sama zdolność przesłuchiwania nieprzytomnego, ale nie znam się na tej dziedzinie, więc nie będę oceniał. Zaskakują też ludzie o śnie tak twardym, że nie reagują na wbicie igły strzykawki, główni bohaterowie unikający postrzelenia i ciosów nożem, chociaż na ekranie wyglądało to inaczej, i parę innych zachowań komisarza, które uznać można za nieprofesjonalne, niewystarczająco uzasadnione lub nawet głupie. Ponurą – co akurat nie jest zarzutem – całość ratuje tylko parę scen rodem z dreszczowca, efektowne zakończenie oraz sporadyczne malownicze ujęcia krajobrazów. Psychologiczny wątek relacji między tytułowym bohaterem a jego żoną, choć Lena Olin zagrała przekonująco, robi niestety wrażenie zapchajdziury.
Efekt pracy Halströma pasuje bardziej do produkcji telewizyjnej, a nie przeznaczonej do kin. Liczyłem na co innego, więc „Hipnotyzer” mnie rozczarował. Wolę traktować go jak zrobiony przez reżysera dla zabawy.

Poszukałem w internecie. We Wrocławiu jest co najmniej dwóch hipnoterapeutów. Zamiast do nich, polecam jednak wybrać się do kina na naprawdę dobre „American Hustle”, koniecznie obejrzeć gdzieś świetne „Blue Jasmine”, a na dokładkę dorzucić ciekawy „Trans”. Nie gwarantuję, że wyjdzie to wszystkim na zdrowie, ale koszt powinien być niższy.

Reklamy

, , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s