Małgorzata śpiewająco, ale nie po mistrzowsku

Podobno na liście rezerwowej gości na premierę „Mistrza i Małgorzaty”, będącą równocześnie uroczystym ponownym otwarciem Teatru Muzycznego „Capitol”, znajdowało się ponad dwustu VIP-ów. Bilety warto było kupować już parę miesięcy przed spektaklem – później trudno było wybrać dobre miejsce. Ja się na 28 września 2013 r. nie załapałem. Dotarłem dopiero 17 listopada.

Jako pierwszą zobaczyłem pianistkę Kasię Zawieruchę. Zgodnie z nowym zwyczajem, pół godziny przed niedzielnymi przedstawieniami odbywają się jeszcze występy na Scenie na Dywanie, czyli na odnowionym, obecnie zadaszonym dziedzińcu Capitolu. Nie jest to miejsce dobre i godne dla każdego artysty. Wchodzący co chwilę i gadający ludzie zakłócali odbiór, w wielu przypadkach chyba nawet nieświadomi, że dobiegające z głośników „Scherzo h-moll op. 20” Fryderyka Chopina jest grane na żywo, tuż obok nich. Sztuka sprowadzona do muzyki do kotleta, a właściwie do kawki i ciastka.

Sam Capitol przypadł mi do gustu głównie dzięki balkonom nad dziedzińcem, w tym szczytowemu, obecnie zabawnie przedzielonemu szybem windy. Gorsze wrażenie zrobiła sala teatralna. Nie wiem, jak pierwotnie wyglądało wnętrze budynku, ale parter widowni przez parkiet przypominał mi salę od WF-u, na której tymczasowo postawiono krzesełka. Moje negatywne nastawienie wzmogło się, gdy tuż przed spektaklem na kurtynie wyświetlono filmik przypominający, że nie wolno filmować ani robić zdjęć. W moim osobistym odczuciu prośba wypadła żenująco. Dodatkowo światła pozostawały włączone, więc projekcję słabo było widać. Spodobały mi się za to loże. Miejsca te są najbardziej oddalone od sceny, ale przynajmniej można się tam cieszyć dywanem.

Książki Michaiła Bułhakowa oceniać nie będę, bo jest to jedna z moich ulubionych lektur szkolnych. W przeciwieństwie do niektórych kolegów czytałem ją tylko jeden raz, ale to mi wystarczyło. Trzygodzinna wersja Capitolu nie odbiegała znacznie od oryginału. Jedyna różnica, którą wychwyciłem prawie od razu, to pominięcie wątku Lichodiejewa i Nikanora Bosego, czyli zajęcia mieszkania dyrektora teatru Variétés, przeniesienia lokatora do Jałty, a następnie zameldowania się i zrobienia w oczach milicji wariata z prezesa spółdzielni. Nie zabrakło za to sceny w Domu Gribojedowa, którą – chociaż nie ma ona większego znaczenia dla fabuły – twórcy przedstawienia postanowili wykorzystać maksymalnie jako muzyczną. Ponadto obsada wydawała mi się nie do końca właściwie dobrana – gdy pierwszy raz zobaczyłem Jeszuę i Poncjusza Piłata (w tego drugiego wcielił się dyrektor teatru Konrad Imiela), pomyślałem, że gdyby grający ich aktorzy zamienili się rolami, efekt byłby bliższy mojemu wyobrażeniu – ale to już całkowicie subiektywna uwaga.

Ekipa Capitolu spisała się wybornie. Było na co popatrzeć – układy choreograficzne w tle, dobrze wykorzystane ruchome elementy sceny… Z aktorów szczególny popis dał Mikołaj Woubishet – wygimnastykowany odtwórca roli Behemota, który na koniec otrzymał chyba najwięcej oklasków. Za jedną z najlepszych scen uważam tę w teatrze Variétés. Aktorzy na widowni, sztuczki iluzjonistyczne, sypiące się spod sufitu jak konfetti sztuczne pieniądze – właśnie tak to powinno wyglądać. Naprawdę ponarzekać mogę jedynie na wykonanie songów. Gdy tylko dęciaki dawały czadu, słowa stawały się trudne do zrozumienia. Problem taki miałem m.in. podczas piosenki Wolanda po wzmiance o globusie oraz kilku partii chóralnych. Jeśli chce się śledzić fabułę, to w odbiorze całości to przeszkadza – trochę tak, jakby się czytało książkę, w której brakuje kartek.

Ekipę Capitolu widywałem w ostatnich latach na różnych scenach i jej praca ani razu nie przypadła mi do gustu. Na „Mistrza i Małgorzatę” wybierałem się więc niechętnie. Stwierdzam jednak, że warto było – przedstawienie mi się podobało i uważam je za godne polecenia, nie tylko tym, którzy czytali książkę.

PS Niedługo przed premierą „Mistrza i Małgorzaty” ukończony został remont obejmujący torowisko tramwajowe – i skutkujący objazdami – na ul. Świdnickiej, przy sąsiadującym z Capitolem skrzyżowaniu z ul. Piłsudskiego. Przywrócenie linii komunikacji miejskiej na stałe trasy, z inicjatywy Konrada Imieli wykorzystano, aby przemianować przystanek „Arkady” na precyzyjniej określające lokalizację „Arkady Capitol” oraz dodać nietypową informację głosową. Ten drugi pomysł spotkał się z falą krytyki, a raczej hejterstwa, bo trudno mi poważniej traktować zamieszczane w internecie, w tym nawet na poświęconym tej sprawie profilu na Facebooku, uwagi. Ja zastrzeżeń nie mam. Gdy po raz pierwszy usłyszałem w tramwaju śpiew, przez moment byłem zdezorientowany – mimo że czytałem o jego wprowadzeniu wcześniej. Żartowałem, że przystanek „Stadion Wrocław” mógłby zapowiadać tłum kibiców albo Dariusz Szpakowski. Dzisiaj jednak jestem już z tym nagraniem, które zdarza mi się słyszeć nawet po pięć razy dziennie, całkowicie oswojony.
http://www.youtube.com/watch?v=CO17q0xMJN0&feature=youtu.be

Gdy kręciłem powyższy filmik, obok sprawdzano bilety. Kontrolerzy chyba pomyśleli, że robię im zdjęcia, i zerkali na mnie potem podejrzliwie. A ja się zastanawiam… Czy to pod ten tramwaj wpadł Berlioz?

Reklamy

, , , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s