Na ulicy nie biorę, ale od ulotek nie przytyję

Ulotek na ulicach dla zasady zwykle nie biorę. Moja niechęć wytworzyła się kilkanaście lat temu wskutek ofensywy reklamowej Szkoły Języków Obcych „Lektor”. Najczęściej spotykałem wówczas młodych ludzi rozdających właśnie jej materiały. Jednym z ich stałych miejsc działań był pl. Grunwaldzki, przy którym wtedy jeszcze rzeczywiście znajdowały się dwa zielone placyki, wkrótce potem zajęte przez Pasaż Grunwaldzki i Grunwaldzki Center. Właśnie tam, przy pętli autobusowej, wnerwił mnie natrętny chłopak, nieprzejmujący się losem wciskanej przez niego makulatury. Po tym, jak odmówiłem jej przyjęcia i nawet nie wyjąłem ręki z kieszeni, odbita od mojego tułowia ulotka mogła wylądować na chodniku, a odpowiedzialny za nią człowiek po zwróceniu mu uwagi mógł najwyżej zaproponować, żebym wyrzucił ją do kubła obok. Wcześniej nie brałem tylko reklam Lektora, i to dlatego, że było ich pełno. Po tym incydencie trochę wbrew własnym poglądom wprowadziłem odpowiedzialność zbiorową i nie biorę w ogóle.

Mimo to czasami tę zasadę łamię. Zdarzyło się tak m.in. 15 maja 2014 r., przy skrzyżowaniu ul. Piłsudskiego i Świdnickiej. Osobnika rozdającego ulotki odruchowo ominąłem łukiem. Po chwili jednak, czekając przy przejściu na zielone światło, przemyślałem sprawę. Gość nie miał na sobie służbowego stroju ani innych „firmowych” oznaczeń. Nie należał nawet do szczególnie zadbanych, a same ulotki wyglądały na drukowane w domu. Pomyślałem, że może ma coś interesującego – np. dorabia sobie jako tania siła robocza komitetu wyborczego, którego kandydaci ani członkowie sztabu nie zasiadają w polskim ani europejskim parlamencie. Wziąłem.

Przypomnienie sobie treści trzeciego przykazania chwilę mi zajęło. Szybciej przyszły mi do głowy słowa jednego z monologów Billa Hicksa: „What the fuck’s this guy selling?”. Żadnej nazwy produktu, żadnego linku. Jest za to urok – bo choćbym nie zgadzał się ideologicznie, wolę czasami wolę coś duchowego lub światopoglądowego, niż propagującego konsumpcjonizm. Ponadto przy obecnej pogodzie rzeczywiście wolę chłodne napoje. To czyją wodę mineralną mam kupić?

Reklamy

, ,

  1. #1 by Emilia on Czerwiec 10, 2014 - 20:49

    Nie kupić, tylko kij w ręce i na spacer w poszukiwaniu źródła (wszak tylko źródlana jest bez chloru). Kij oczywiście do podpierania się ale przede wszystkim do obstukiwania kamieni i skał (bo jak inaczej znaleźć źródło, jak nie niezawodnym sposobem Mojżesza?)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s