Mozaika ze steampunkiem i Andersenem

Na odbywające się od 4 do 12 kwietnia 2014 r. 29. Musica Polonica Nova złożyło się kilkanaście koncertów, w tym kilka ze wstępem wolnym, w tym dwa, na które poszedłem. Czy dokonałem przy tym najlepszego wyboru – nie wiem, kierowałem się samymi opisami przygotowanymi przez organizatorów. W nich zwróciłem uwagę na organy Hammonda i nawiązanie do Hansa Christiana Andersena. To głównie te elementy przyciągnęły mnie w dwa kolejne wieczory, 10 i 11 kwietnia, do wybudowanej niedawno sali koncertowej Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego. Pomimo tych informacji nie do końca wiedziałem, czego się powinienem spodziewać. W końcu nowości powinny być zaskakujące.

Koncert zatytułowany „Trzecie miejsce po przecinku, czyli jedna Bródka” wypełniły prawykonania. Choć główną rolę miały grać podczas niego organy Hammonda, w pierwszej kompozycji – „Pattern” Eunho Changa – robiły tylko nieliczne dodatki. Ważniejsi, poza dyrygującym autorem, wydawali się członkowie zespołu Kwartludium, zwłaszcza pianista Piotr Nowicki, który sporą część utworu spędził z ręką na strunach. Na czas „Trzeciego miejsca po przecinku” Sławomira Kupczaka organista opuścił nawet zupełnie scenę. To samo zrobiła Dagna Sadkowska, skrzypaczka zespołu, do reszty kwartetu dołączył natomiast wiolonczelista Mikołaj Pałosz. Sytuacja zmieniła się w „Steam Punk Gear” Aleksandra Kościowa. Utwór wykonali bez dyrygenta perkusista Kwartludium Paweł Nowicki i organista Dariusz Przybylski, który wreszcie zwrócił na siebie uwagę. Utwór wypadł rewelacyjnie. Również wcześniejsze trzymały pewien poziom, ale dopiero przy tym poczułem, że przyszedłem tu po znacznie więcej niż tylko zwiedzenie budynku, w którym jeszcze nigdy nie byłem.

Przed Kwartludium i organistą znów stanął dyrygent – tak wykonane zostało „The tiger left me unsatisfied” Mikołaja Laskowskiego. Inaczej wyglądało „28 dni Księżyca” Mateusza Ryczka. Organistą, skrzypaczką, klarnecistą Michałem Górczyńskim i perkusistą, który wydawał różne dźwięki, m.in. ciągnąc przymocowane do swojego zestawu taśmy, dyrygował… laptop. Interesujące, a przy tym wygodne dla autora, który po wykonaniu kompozycji, żeby się pokazać – jak jego poprzednicy – publiczności, przeskoczył przez fotele. Wyluzowany gość, ale robotę miał tego wieczoru na tyle łatwą, że nie dziwiło takie odprężenie. Na pewno nie mógł tego o sobie powiedzieć Przybylski. Ostatnia kompozycja – „Abrenuntio” – była jego autorstwa, musiał więc nie tylko grać, ale i momentami dyrygować. Najciekawiej wypadł jednak nie on, nie skrzypaczka i nie klarnecista, ale perkusista, który m.in. przedarł kartkę i rozrzucił piłeczki ping-pongowe. Może właśnie to efektowne zakończenie na mnie wpłynęło, a może mam ostatnio za mało kontaktu z awangardą, ale po koncercie pomyślałem, że dawno nie widziałem nic, co by mi tak zalatywało geniuszem.

Głównym wykonawcą koncertu pt. „Muza nowego stulecia” („Det nye Aarhundredes Musa”) był duński zespół Ensemble Nordlys. Od początku robił na mnie inne wrażenie niż Kwartludium z kolegami. W moim odczuciu poprzedniego dnia częściej instrumenty miały określone role, a tego bardziej ze sobą współpracowały, na równi. Ponadto sami muzycy mocniej się wyróżniali i zapadali w pamięć. Twarz wiolonczelisty Øysteina Sonstada wyrażała podczas gry pełno emocji. Pianista Kristoffer Hyldig, na oko najmłodszy członek kwartetu, wydawał się dla odmiany wyluzowany, a towarzyszyła mu asystentka zmieniająca strony partytury. Klarnecista Viktor Wennesz był za to po prostu wesoły. Nie przestawał się uśmiechać, nawet dając akustykowi znaki, że razi go światło. Po wykonaniu „ReVerse 4” Adama Porębskiego i „In An Undertone” Ewy Podgórskiej pewnie mu na chwilę ulżyło – gdy się przesiadł, aby przeczyścić swój instrument od środka, poprzez przeciągnięcie przez niego szmatki na sznurku. Po tej czynności odłożył go na stół. Chwilowo nie był mu potrzebny – w „e” Macieja Jabłońskiego grał na klarnecie basowym.

Trzy pierwsze utwory trzymały poziom zbliżony do wcześniej wysłuchanego przeze mnie koncertu. Potem jednak przyszła zmiana. Duński kwartet opuścił scenę. Zamiast niego na środku usiadł z wiolonczelą i mikrofonem Mikołaj Pałosz. Jego też raziło światło, co dość długo sygnalizował. Gdy w końcu przystąpił do wykonania nawiązującej tytułem do tematu przewodniego tej edycji festiwalu „Mosaïque” Marcina Stańczyka, wraz z autorem obsługującym z ukrycia elektronikę… wreszcie oniemiałem. Wokalizy, głównie westchnienia, do tego efekty, za którymi nie nadążałem, m.in. chyba delay z różnymi zniekształceniami dźwięku, bodajże w kwadrofonii – przy czym kolega twierdził, że słyszał co najmniej heksafonię… Powalające. Warto było przyjść do Akademii Muzycznej chociaż dla tej jednej kompozycji.

Jako ostatnie wykonane zostało „Shadow, Inc. A parable for four players after H. Ch. Andersen” Rafała Augustyna. Siwy już autor, niegdyś zresztą kierujący festiwalem, usiadł przy stole i przystąpił do czytania „Cienia” duńskiego bajkopisarza. Niestety popełnił chyba falstart – odniosłem wrażenie, że muzycy Ensemble Nordlys chcieli się jeszcze nastroić i niektórym się nie spodobało, że na nich nie poczekano. Dodatkowo sama forma kompozycji zdawała się ich męczyć. Opowiadanie podzielone zostało na parę segmentów a cappella przedzielonych partiami instrumentalnymi. Pod koniec ostatniego klarnecista odłożył swój instrument i stanął za pianistą jak jego cień. Po chwili skrzypaczka Christine Pryn tak samo stanęła za klarnecistą. Wieńczące koncert takty Duńczycy wykonali na wiolonczeli i na cztery ręce na fortepianie. Zanim jednak to nastąpiło, ciągnące się minuty czytania na głos wyraźnie wpędzały ich w nudę. Gdyby chociaż rozumieli po polsku, wtedy może ich myśli zająłby Andersen. Niestety i to uznaję za niepewne. W słuchanie niezrozumiałego języka trudno jest się wciągnąć, ale problem z tym, pomimo braku tej bariery, miałem nawet ja. Augustyn nie jest idealnym recytatorem. Jego głos był najsłabszym punktem koncertu. Nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie dojdzie do końca opowiadania. Szkoda. Ten jeden element zepsuł mi odbiór i zaniżył ocenę całego koncertu.

To była moja pierwsza wizyta zarówno w ukończonym niedawno budynku E Akademii Muzycznej, jak i na festiwalu Musica Polonica Nova. Jedno i drugie mnie zainteresowało. Chętnie znowu odwiedzę imprezę, zwłaszcza jeśli będzie miała w programie takie kompozycje, jak „Mosaïque” lub chociaż „Steam Punk Gear”. Tylko Andsersena wolę czytać sam.

Reklamy

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s