Odkrywcy istniejącej muzyki

Czasami nie trzeba tworzyć od podstaw kolejnych dzieł. Wystarczy pogrzebać w przeszłości i wyszukać w niej perełki warte odkurzenia i oprawienia na nowo. Podobna myśl doprowadziła dyrygenta Jana Jakuba Bokuna do założenia w 2013 r. orkiestry kameralnej Inter>Camerata realizującej projekt „Odkrywamy zapomniane arcydzieła”. Namacalnym efektem jej działalności jest wydany właśnie album „(Re)Discovering Forgotten Masterpieces”. Zespół promował go 29 października 2014 r. koncertem w Oratorium Marianum.

Artyści trzymali się w przybliżeniu kolejności utworów z płyty. Jako pierwszą usłyszeliśmy więc romantyczną „Elegię pamięci Samarina” Piotra Czajkowskiego, podczas której wyobrażałem sobie filmowy melodramat z widokiem na łan zboża kołyszący się delikatnie na wietrze, oczywiście z czasów przed GMO, a może nawet przed PRL. Następnie na salę wkroczył techniczny w pulpitem śpiewaka. Niestety w połowie drogi rozsypały mu się leżące na nim kartki. Pozbierał je z podłogi, jednak w celu poprawnego ich ułożenia musiał wrócić, skąd przyszedł. Po chwili pojawił się znowu. Tym razem przyciskał kartki do pulpitu. Udało mu się – wykonał zadanie. Przy okazji wprowadził publiczność w lepszy nastrój. Widzowie w większości niemłodzi, częściowo w garniturach, ale słychać było, że poczucie humoru mają.

Do piętnastu instrumentalistów i dyrygenta dołączył baryton Marcin Bronikowski. Wykonane przez niego pieśni Mieczysława Karłowicza skomponowane zostały głównie do wierszy Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Słowa innych poetów słyszeliśmy tylko w pojedynczych utworach. Zespół z wokalistą zaczął od „Skąd pierwsze gwiazdy” Juliusza Słowackiego. Po „Pamiętam ciche, jasne, złote dnie” zaprezentowano nam „Z nową wiosną” Czesława Jankowskiego, następnie jeszcze cztery teksty Przerwy-Tetmajera – „Na spokojnym, ciemnym morzu”, „Mów do mnie jeszcze”, „Zawód” i „Smutną jest dusza moja” – i, na koniec pierwszej części koncertu, „Najpiękniejsze piosnki” Adama Asnyka. Również ten blok wywołał u mnie skojarzenia z dawnymi latami, tym razem z nagraniami z międzywojnia. Tylko jakość dźwięku była lepsza. Brakowało trzasków płyty.

Po dziesięciominutowej przerwie dyrygent stanął przed publicznością w towarzystwie reprezentantek władz województwa i miasta, które pogratulowały mu pomysłu, pochwaliły album i życzyły wszystkiego najlepszego w dalszej realizacji projektu. Sam artysta podziękował sponsorom i organizatorom przedsięwzięcia, wydawnictwa i koncertu, w tym założonemu w 2012 r. Stowarzyszeniu Artystycznemu „Coolturalny Wrocław”, w którego zarządzie zresztą zasiada. Na koniec wzniósł toast i symbolicznie wylał odrobinę szampana na trzymaną przez Bronikowskiego tacę z zafoliowaną płytą. Uspokajam, że korek wyciągnął ręcznie – nie strzelał nim w sufit z odnowionym freskiem.

Druga część koncertu zaczęła się od „Chryzantem” Giacomo Pucciniego. Po wykonaniu utworu dyrygent odwrócił się do publiczności i spytał, czy ktoś nie ma batuty, bo teraz by mu się przydała. Przeszło mi przez myśl, żeby zaoferować mu długopis, ale za późno – zdążył opuścić salę. Nie wiem, czy ta scenka humorystyczna była – w przeciwieństwie do poprzedniej, która wyglądała na zwykły wypadek przy pracy – zaplanowana, ale widzom się spodobała. Był to też dobry moment na zabawę nastrojem, bowiem kolejna kompozycja według mnie najbardziej odbiegała charakterem od pozostałych. Żywe, oparte na jednym motywie „Ostinato” Mirosława Gąsieńca zaczęło się od bębnienia palcami w pudła rezonansowe, po czym stopniowo się rozwinęło w najbardziej porywający kawałek wieczoru. Związany z wrocławską Akademią Muzyczną kompozytor był zresztą obecny na sali i cieszę się, że mogłem go oklaskać.

Po „Metro Chabacano” Javiera Álvareza przyszła pora na bisy. Na scenę wrócił baryton. Jako pierwsze usłyszeliśmy „Po szerokim, szerokim morzu” Kazimierza Przerwy-Tetmajera, czyli jeszcze jedną pieśń Karłowicza. W ten sposób wykonany został już prawie cały materiał z płyty, oprócz „Musica Slovaka” Ilji Zeljenki, które uwzględniono we wcześniejszej wersji programu, ale potem usunięto, oraz „Czterech sonetów miłosnych” Tadeusza Bairda. Na zwieńczenie koncertu nie wybrano jednak żadnego z tych dzieł, tylko przygotowaną specjalnie na ten wieczór niespodziankę. Dyrygent skorzystał z okazji, żeby przedstawić znajdującego się na widowni Jakuba Zwarycza, współodpowiedzialnego za nowe aranżacje pieśni Karłowicza, oryginalnie przygotowanych na głos i fortepian. Zespół właśnie wzbogacił swój repertuar o jeszcze jedną – Bronikowski zaśpiewał „Z erotyków (I zamiast słońc i gwiazd)” Jana Waśniewskiego. Razem z bisami drugi zestaw potrwał, podobnie jak pierwszy, pół godziny. Po nim na korytarzu czekały już na widzów kieliszki z cydrem.

Odkrywanie zaginionych skarbów i prezentowanie zapomnianych dzieł jest oczywiście godne pochwały, ja jednak gustuję w nowocześniejszej muzyce. Przedstawiony materiał szanuję i doceniam, ale naprawdę podobało mi się tylko „Ostinato” Mirosława Gąsieńca. Nie jako przyczyna, lecz w efekcie, działa tu też mój lokalny patriotyzm. Wprawdzie to Bokun jest z Wrocławia, a Gąsieniec z Brzegu, ale kraina jedna, a kompozytor zazwyczaj jest dla mnie ważniejszy od wykonawcy – dlatego jestem za prezentowaniem jego twórczości na świecie. Osobiście, choć może to niepoważne, rozważyłbym też włączenie na stałe do repertuaru scenki z rozsypującymi się kartkami. Reprezentantka władz wspomniała podczas swojej krótkiej przemowy, że muzyka łagodzi obyczaje. Dodałbym, że śmiech to zdrowie. Łączenie jednego z drugim to chyba dobry pomysł.

Reklamy

, , , , , , , , , , , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s