Spotkanie z kukłą Dutkiewicza

Debaty Rafała Dutkiewicza i Mirosławy Stachowiak-Różeckiej rozczarowywały mnie. Może zainteresowałyby kogoś, kto nie śledzi wypowiedzi i poczynań tych dwojga, ale ja nie usłyszałem w nich prawie nic nowego. Dodatkowo początkowe piętnaście minut drugiej uznałem za powtórkę pierwszej. Więcej dowiedziałem się tylko o charakterach obojga kandydatów na prezydenta Wrocławia, zwłaszcza o ich nerwach. Członkini PiS-u przede wszystkim zaskoczyła mnie swoimi problemami z odnalezieniem się w regułach debaty, skutkującymi m.in. agresją pod adresem prowadzącego. Popierany przez PO Dutkiewicz pod koniec drugiego pojedynku również tracił spokój, ale on przynajmniej wyżywał się na swoich rękach, a nie na otoczeniu. Tylko czy właśnie te informacje i wrażenia są dla wyborcy najważniejsze? Raczej nie, dlatego z chęcią udałem się na otwarte spotkanie z Mirosławą Stachowiak-Różecką pod hasłem „Wspólnie zmieniamy Wrocław”, 27 listopada 2014 r. w budynku Starej Giełdy.

Czekając na przybycie kandydatki Prawa i Sprawiedliwości, nieco złośliwie zastanawiałem się, kiedy zacząć machać nad głową otrzymaną niecałą godzinę wcześniej ulotką z podobizną Rafała Dutkiewicza. Niespodziewanie stronnicy Stachowiak-Różeckiej zawstydzili mnie – przynieśli kukłę z twarzą obecnego prezydenta. Parę osób, zachęcanych zresztą przez trzymającego ją mężczyznę, zrobiło sobie z nią nawet zdjęcia. Poczułem się dziwnie. Byłem wyraźnie poniżej średniej wieku uczestników spotkania, ale to ci starsi wydali mi się bardziej dziecinni.

Stachowiak-Różecka zaczęła od informacji, że debat z Dutkiewiczem miała odbyć więcej niż dwie, ale przeciwnik odwołał swój udział w pozostałych. Stwierdziła też, że przez ostatnie cztery miesiące – bo tyle trwała jej kampania – spotkała się z większą liczbą mieszkańców niż obecny prezydent miasta przez dwanaście lat. Ona nie boi się rozmów z wrocławianami. Ja do tych słów podchodzę z dystansem. Jak wiadomo, w 2013 r. Stachowiak-Różecka miała rozmowę z szefem swojego klubu, bo nie stawiała się na dyżury, na których mieszkańcy mogą zgłaszać swoje problemy, a które każdy radny ma obowiązek pełnić raz w miesiącu. Dziennikarzom podobno nie chciała się z tego tłumaczyć. Kilka dni temu przypomniała o tym Maria Zawartko – i znowu nigdzie nie widziałem, żeby Stachowiak-Różecka w jakikolwiek sposób się do tych zarzutów odniosła. Uznaję to za celowe przemilczenie. Co do Dutkiewicza i rezygnowania z debat – które moim zdaniem i tak by już wiele nie wniosły – w jedynym takim przypadku, jaki znam, obecny prezydent podał podobno jako wymówkę „inne ważne spotkanie”. Dlaczego miałbym mu nie wierzyć? Zresztą nawet jeśli odwołanie udziału było celową zagrywką, to i tak ma plusa za to, że w ogóle podał jakiś powód. Poza tym odbył dopiero co z kontrkandydatką dwie debaty, dzień po dniu. Czy kolejna jest taka konieczna? Nie widzę w jego postępowaniu lekceważenia dla wrocławian.

Stachowiak-Różecka chciałaby, aby przeprowadzano referenda w przypadkach inwestycji za ponad trzysta milionów złotych. Zwykli wrocławianie decydowaliby więc np. o takich budowlach jak Narodowe Forum Muzyki czy Stadion Miejski. Nie będzie natomiast referendum w sprawie zapowiadanej przez kandydatkę PiS-u bezpłatnej komunikacji, a to dlatego, że korzysta z niej tylko 30% mieszkańców. Czy ma pytać również tych, którzy korzystają z samochodów? Odpowiedziałbym jej na to, że tak. W końcu chce ich chyba przekonać do korzystania z komunikacji zbiorowej, a nawet powinna zakładać, że część z nich chciałaby z niej korzystać, ale obecnie uważa to za nieopłacalne. Ponadto w grę wchodzi zmniejszenie ruchu na drogach, a to kierowców na pewno interesuje. Poza tym nawet użytkownicy samochodów często mają rodziny, których członkowie jeżdżą autobusami i tramwajami. Czy tyle argumentów nie wystarczy? Ja jestem przy tym mimo wszystko przeciwny bezpłatnej komunikacji miejskiej. Za bardzo się obawiam, że jej wprowadzenie mogłoby sprawić, że już bez żadnych oporów zaczęliby z niej korzystać śmierdzący pijacy i bezdomni. Poza tym więcej pasażerów oznaczałoby większy tłok i potrzebę większej liczby kursów, która z kolei mogłaby być trudna do zrealizowania wskutek ograniczonego taboru oraz niewystarczającej wydolności sieci tramwajowej. Mam wątpliwości, czy Stachowiak-Różecka przeanalizowała wszystkie za i przeciw.

Jedną informację kandydatka na prezydenta sprostowała. Komunikacja zbiorowa nie będzie za darmo – bo nic nie ma za darmo – tylko z naszych pieniędzy, tzn. naszych podatków. To jest inwestycja. Jest to też myślenie o wspólnocie – bo te pieniądze na coś pójdą. Korzyścią dla przeciętnych mieszkańców powinno być też to, że nie będą musieli wydawać na bilety 100 zł od osoby miesięcznie. Tu bym coś sprostował. Matka raczej nie kupi dziecku biletu miesięcznego za 100 zł. Najdroższy ulgowy kosztuje tylko 49 zł. Ja natomiast w ciągu roku kupuję jeden 90-dniowy i dwa semestralne i wychodzi mi średnio niecałe 76 zł miesięcznie. Rozumiem jednak, że nie każdy jest w stanie wyciągnąć z kieszeni 370 zł. Zresztą sama Stachowiak-Różecka oznajmiła, że nie będzie budować miasta dla tych, którzy mają w życiu dobrze. Tym samym uświadomiła mi – skoro przez większość swej dotychczasowej egzystencji nie narzekałem – że nie jest kandydatką dla mnie.

Kondycja MPK jest według Stachowiak-Różeckiej tragiczna, w tym bardzo zła pod względem finansowym. Spółka już sobie nie radzi – stąd jej stopniowa prywatyzacja i np. linię A ma obsługiwać ITS Michalczewski, które nawet nie jest z Wrocławia, więc pieniądze z jego usługi nie zostaną w mieście. Osobiście też uważam podwykonawców MPK za złe rozwiązanie, ale z innych względów. Jeździłem przez jakiś czas linią 717 obsługiwaną przez Trako, obecnie obserwuję pojazdy aż dwóch przewoźników – Trako i DLA – z numerem 700. Jednorodną kolorystykę miejskich autobusów szlag trafił – to raz. Druga sprawa to wzajemna komunikacja, która czasami się przydaje, a jakoś jej nie dostrzegam.

Kandydatka sporo mówiła też o warunkach mieszkaniowych. Jak twierdziła, na Polanowicach są budynki mające poniżej dwudziestu lat, których lokatorzy nie mogą się doprosić, żeby usunięto z nich grzyb. Inną chętnie wymienianą przez nią częścią miasta było Jagodno. Spytała retorycznie, dlaczego je tak spaskudziliśmy. Lubi je jako przykład osiedla, które się rozrosło, a wciąż ma kiepską komunikację, wąskie drogi i brakuje na nim chodników. W ramach krytyki obecnego stanu Wrocławia stwierdziła ponadto, że toalety na korytarzach w Europejskiej Stolicy Kultury to wstyd. Może i ma niemało racji, ale z tą sugestią to już przesadziła. Nie widzę związku ani kontrastu między ESK a brakiem toalet w części mieszkań. Przydałyby się tu też jakieś konkrety, liczby.

Oprócz uwag z tej dziedziny Stachowiak-Różecka przedstawiła też parę pomysłów i wizji. Chce na wzór Austrii wprowadzić mieszkania czynszowe, ale nie komunalne – żeby przyjezdni mogli je wynajmować, zanim zdecydują, czy chcą zostać na stałe. W ten sposób chciałaby zachęcić ludzi do osiedlania się u nas. Stwierdziła też, że rewitalizować trzeba sprawiedliwie – myśleć o wszystkich, a nie tylko o trzech centrach Rafała Dutkiewicza. W tym mieście, za jej prezydentury, nie będzie salonów. Co do czynszu, nie może obiecać mieszkańcom Wrocławia obniżek, ale ma on być dostosowany do warunków mieszkaniowych. Z kwestii finansowych wyraziła też nadzieję, że po krótkim kursie matematyki radni Rafała Dutkiewicza zgodzą się obniżyć stawki za wywóz śmieci – bo radnym PiS-u wyszło, że powinny być o połowę niższe. Wszystko pięknie, tylko jedna wątpliwość nie daje mi spokoju. Zetknąłem się już dwa razy z następującą wymianą zdań między obojgiem kandydatów na prezydenta: ona twierdziła, że w ramach rewitalizacji nie można się ograniczać do odnawiania fasad, on zaś prostował, że remontowane są również wnętrza. Podczas spotkania Stachowiak-Różecka po raz kolejny wygłosiła swoją wersję. Niestety z żadnej strony nie usłyszałem na ten temat jakichkolwiek konkretów, nikt nie przedstawił dowodów. W związku z tym nie wiem, co o tym myśleć. Najłatwiej jest mi zastosować domniemanie niewinności i przyjąć, że kandydatka PiS-u uparcie trzyma się nieprawdziwego sloganu – ale mogę się mylić.

Mirosławie Stachowiak-Różeckiej zależy na czystym powietrzu – to jeden z warunków komfortu życia. Zapowiedziała, że będzie sadzić prawdziwe drzewa, a nie szczepionki, które mają tylko wyglądać i nigdy nie urosną. Rafała Dutkiewicza nazwała największym drwalem Wrocławia. Według jej danych zazielenienie w Warszawie wynosi 20%, a u nas tylko 6%. Chce je zwiększyć do 15%. Sadzić należy przy tym np. na Przedmieściu Oławskim, a nie gdzieś na Brochowie. Trzeba też budować parki. Miejsc do odpoczynku brakuje np. na Polanowicach i Muchoborze. Marzy jej się też kilka „stref ciszy”, np. w środku parku, gdzie wstęp z hałaśliwym dzieckiem byłby wzbroniony – chyba że by spało. Co do ogródków działkowych, to czasami trzeba je poświęcić, ale musi być plan i korytarze zieleni – których nie budujemy – mające wprowadzać i odprowadzać powietrze z miasta. W tych kwestiach się w większości ze Stachowiak-Różecką zgadzam, ale pomysł „stref ciszy” w parkach brzmi kontrowersyjnie. Uważam, że dałoby się go zrealizować tylko na wydzielonych, strzeżonych terenach w rodzaju Ogrodu Staromiejskiego pod Teatrem Lalek.

W nawiązaniu do jednej z najchętniej cytowanych wypowiedzi Dutkiewicza, kandydatka PiS-u oznajmiła, że grzechem jest się zadłużać na kiecki i nowe telewizory. Zadłużać się można na rzeczy potrzebne. Miasta kreatywne bankrutują. Do niepotrzebnych wydatków należy klub piłkarski. Śląsk Wrocław nie jest już dzieckiem. Powinien pójść na swoje. Stachowiak-Różecka nie będzie jednak szukała mitycznego biznesmena jak Rafał Dutkiewicz, który myślał, że siada z Solorzem-Żakiem do warcabów, a przegrał z nim w pokera. Kandydatka na prezydenta uważa, że powinniśmy utrzymać Śląsk, z którego jesteśmy dumni, ale poprzez akcje. Mieszkańcy miasta mieliby zostać udziałowcami drużyny – jak to jest w przypadku Barcelony. Takie rozwiązanie byłbym może skłonny przyjąć, ale nie jestem kibicem i nie obchodzi mnie zbytnio dobro klubu, więc wolę nie zajmować stanowiska.

O nowej arenie zmagań piłkarzy opowiedział co nieco obecny na sali jeden z podwykonawców Stadionu Miejskiego – Piotr Rybak, który utrzymuje, że został przez swoich zleceniodawców oszukany. Zakomunikował wprost: Rafał Dutkiewicz skorumpował NIK, prokuraturę i sądy. Tu sprostowania udzieliła Stachowiak-Różecka. Jak stwierdziła, NIK swoje zadanie wykonał: zbadał sprawę i wskazał Dutkiewicza jako winnego. Kandydatka PiS-u na pewno zorganizuje natomiast radę przedsiębiorców, żeby tacy ludzie jak Rybak byli reprezentowani. Pod adresem obecnego prezydenta sformułowała za to inny zarzut. Zaznaczając, że wybór, którego lada dzień dokonają mieszkańcy, nie jest partyjny, oznajmiła, że to właśnie Rafał Dutkiewicz marzy o wielkiej polityce.

Z tematów, które lubią ostatnio poruszać media, kandydatka PiS-u została zapytana m.in. o swój stosunek do likwidacji Przejścia Świdnickiego. Odpowiedziała, że jest mu absolutnie przeciwna. Jak na złość tuż po spotkaniu, a parę godzin po związanej z tematem manifestacji, magistrat opublikował tekst „Rewitalizacja przejścia Świdnickiego nie oznacza jego likwidacji”, w którym sprostował, że przejście ma zostać tylko zwężone. Oczywiście przeciwko temu też można protestować, ale i tak jeden argument został w rąk Stachowiak-Różeckiej wytrącony. Ponadto kandydatka parę razy podczas spotkania uchyliła się od odpowiedzi. Publiczność dwukrotnie poruszyła kwestię koczowiska przy ul. Kamieńskiego, w tym jedna osoba powiedziała, że trzeba coś zrobić z Romami, którzy zimą przychodzą do pobliskiego szpitala i tam śmierdzą. Nie usłyszałem jasnej odpowiedzi. Gdy natomiast inny uczestnik spotkania opowiadał, że to, co Steven Spielberg robi u niego na Nadodrzu, to są jaja, i prosił o jakąkolwiek pomoc, opisując przy tym takie sytuacje, jak wprowadzanie zakazu parkowania z wstecznym działaniem, tzn. wypisywanie mandatów dzień przed postawieniem znaków, wykpiła się jeszcze bardziej. Zrozumiałbym, że to nie jej kompetencje i że nie ma takiej władzy, ale odpowiedzi typu „to nie wymaga komentarza” czy „pan musi być najważniejszy” nic za sobą nie niosły. Pan najważniejszy pozostał ze swoim problemem sam.

Mirosława Stachowiak-Różecka na stojąco odpowiadała na pytania publiczności przez prawie półtorej godziny. W pierwszym rzędzie siedziało kilku jej kolegów z PiS-u, jednak znaczna część z około setki zgromadzonych sprawiła, że pomyślałem, że powinienem zapuścić siwe włosy – żeby się lepiej wmieszać w tłum. Większość z nich wyglądała na zdecydowaną, na kogo ma zagłosować. Ja też już wiedziałem i to spotkanie, pomimo przedstawienia paru sensownych pomysłów, tego nie zmieniło. Tomasz Owczarek – który wstępnie nie budził mojego entuzjazmu i którego ostatecznie w pierwszej turze poparłem, ale bez przekonania – powiedział, że nad urną zapłacze. Ja raczej cicho przeklnę i postawię krzyżyk przy Dutkiewiczu. Za cztery lata natomiast mam nadzieję, że wygra ktoś niezależny i niezwiązany z żadną partią. Z tą myślą pogrążam się w rozkoszy ciszy wyborczej.

Reklamy

, , , , , , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s