Bilet kolekcjonerski na Everlasta bardzo proszę

Kiedyś było dla mnie normalne, że w klubie lub sklepie muzycznym kupuję bilet na koncert, graficznie przypominający plakat, na papierze kredowym lub kartoniku. Najstarszy w mojej kolekcji ma kilkanaście lat. Później wzrosła rola Bileterii w Empiku jako punktu rozprowadzającego, więc na tego typu zakupy coraz częściej udawałem się do niej. Było mi to na rękę: w centrum, otwarte za dnia… Nie wyczuwałem jeszcze, że moja radość wkrótce się skończy.

Najpierw tylko się dziwiłem, gdy na większych koncertach widziałem przyjezdnych z wejściówkami przypominającymi bardziej bilety na pociąg. Wkrótce potem poznałem i zrozumiałem nowe pojęcie. To, co dotychczas uważałem za zwyczajny bilet, było w istocie biletem kolekcjonerskim. Nazwa ta do dzisiaj wielu osobom nic nie mówi. Pewnego razu przeżyłem szok – to był właśnie kres mojego szczęścia – gdy w Empiku poprosiłem o bilet, a pani podeszła do drukarki, by po chwili wręczyć mi blankiet z logo pewnej sieci zajmującej się rozprowadzaniem wejściówek, świeżo uzupełniony danymi koncertu, na który się wybierałem. Wrażenie, jakbym zamówił normalną płytę, a dostał CD-R ze skserowaną na czarno-biało okładką. Spytałem, czy nie ma biletów kolekcjonerskich. Sprzedawczyni nie rozumiała, o czym mówię. Zacząłem jej tłumaczyć, ale dałem sobie spokój, gdy powiedziała, że na bilecie, który mi dała, logo zespołu przecież jest. Od tamtej pory staram się unikać nabywania druczków Ticket Pro, ale niestety wciąż mi ich przybywa. W przypadku koncertu Everlasta w Alibi 18 listopada 2014 r. byłem jednak naprawdę uparty. W końcu jestem kolekcjonerem!

Spoiler: bilet zdobyłem.

Everlast po raz pierwszy zagrał koncert w Polsce 26 października 2013 r. Przyjechał na tylko jeden występ, akurat we Wrocławiu, w klubie Alibi. Niestety mnie w tym dniu wypadła impreza rodzinna. Do końca miałem nadzieję, że jej data zostanie przesunięta, ale w końcu wybrałem… Na pociechę wmawiałem sobie, że niewiele straciłem, skoro Everlast przyjechał nie z pełnym zespołem, tylko z setem akustycznym, więc koncert nie mógł być tak interesujący, jak bym chciał. Gdy jednak rok później Amerykanin miał ponownie przybyć do Alibi, by dalej promować swój album „The Life Acoustic”, postanowiłem już sobie nie odpuszczać. Może nawet opłaciło się czekać: tym razem przyjechał do Polski na pięć koncertów, więc na każdym poszczególnym powinno być mniej ludzi – a na występ rok temu wyprzedano wszystkie bilety – do tego wejście o 10 zł tańsze. Dodatkowo uradowała mnie możliwość zakupu w klubie biletów kolekcjonerskich. I tu się zaczęły schody.

Przyszedłem do Alibi w niedzielę trochę przed 21. Według profilu klubu na Facebooku, było otwarte. Zdziwiłem się więc, gdy napotkałem zamknięte drzwi, zza których nie było słychać żadnego dźwięku, a nad nimi wyłączony neon. Nie ja jeden – tuż po mnie przy wejściu zaczął się kręcić inny chłopak również chcący kupić bilet na jakiś koncert. Długo tam nie zostaliśmy. Wprawdzie nikt nie był na tyle miły, żeby popularnym w cywilizowanym świecie zwyczajem zamieścić na drzwiach klubu informację o godzinach otwarcia, ale użyłem telefonu i po dwukrotnym zapoznaniu się z mętnym tekstem tym razem na zwykłej stronie internetowej Alibi wyciągnąłem wniosek, że w niedzielę chyba mają zamknięte. Na profilu facebookowym jakieś pół godziny po mojej wizycie poinformowali jednak, że bilety kolekcjonerskie dostępne są również w Reset Barze, czynnym od 12. Dokładniejszych informacji o godzinach otwarcia nigdzie w internecie nie znalazłem. Następnego dnia zjawiłem się pod nim tuż przed godz. 17. Drzwi zamknięte, a na nich kartka, która też niewiele mówiła o godzinach otwarcia, szczególnie w dni powszednie. Parę godzin później złożyłem kolejną wizytę w Alibi. Nie wiedziałem, na co trafię. Erasmus Party podobno startuje zawsze o 22, chociaż wydarzenie na Facebooku ustawione było na 21, a sam profil na Facebooku oczywiście dalej pokazywał otwarcie klubu o 20. Trudno było wybrać, ale chciałem kupić bilet jak najwcześniej. W efekcie ok. 20:45 pocałowałem klamkę po raz trzeci. Dopiero dwadzieścia minut później wreszcie wszedłem bez problemu.

Nie ukrywam, że uważam, że Alibi nie jest dobrym miejscem na koncerty. Problemy muzyków ze swobodnym wchodzeniem i schodzeniem ze sceny – Everlast był kolejnym, który zagrał bis od razu, zamiast dać się na niego wywołać – są tylko jedną z paru przyczyn. Teraz zniechęciłem się jeszcze bardziej. Raduję się jednak, że mogłem się wykazać jako uganiający się za pamiątką maniak. Nie każdy to rozumie, ale dla mnie bycie miłośnikiem muzyki polega również na takich odpałach. Występ jest już przeszłością, pobawiłem się, a potem go odespałem, ale oprócz miłych wspomnień został mi jeszcze zdobiący kolekcję bilet. Na koniec tej wzruszającej historii mogę napisać tylko jedno: jeśli komuś łzy nie uniemożliwiają dalszego czytania, to z moją relacją z koncertu Everlasta i Synaptine może się zapoznać tutaj.

Reklamy

, , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s