Jak wygrać (lub nie) w konkursie na bloga

Gdy pewnego razu wyraziłem publicznie swoje niezbyt standardowe poglądy na kwestie społeczne, kolega zareagował na to radosnym stwierdzeniem, że jednak nie jest w naszym środowisku jedynym socjopatą. Miło jest zostać w taki sposób docenionym. Mam nadzieję, że i teraz kogoś ucieszę – opisując swoją wyrachowaniem podszytą i niesportowo motywowaną drogę, zakończoną ogłoszeniem mnie 31 sierpnia 2014 r. jednym z laureatów organizowanego przez Pasaż Grunwaldzki konkursu „Blog Day 2014”.

Prace z dziedzin humanistycznych to nie rzut oszczepem – do porównania wyników nie wystarczy przyrząd z podziałką. To jedna z przyczyn, dla których do konkursów na blogi podchodzę z dystansem. Czasami biorę w jakimś udział, a właściwie brałem udział w jednym, i to w trzech edycjach. Raz byłem w finale, raz się do finału nie dostałem, a raz wróciłem z finału z nagrodą. Ten trzeci raz miał już jednak nie dojść do skutku, bowiem nie spodobały mi się zmiany w regulaminie. Nowe zapisy kazały mnie jako uczestnikowi zamieścić na blogu link do strony konkursu, wraz z odpowiednim symbolem graficznym. Mam przesadne podejście do niezależności i nie lubię być zmuszany do reklamowania kogokolwiek. Do organizatorów nie mogłem oczywiście mieć jednak pretensji. Nie moje dzieło, nie moja sprawa. Postanowiłem to uszanować, a przy tym pozostać wiernym sobie – i nie zgłaszać się do konkursu. Doczytałem jednak szczegół, który dotarł do głębi mojego socjopatycznego serducha i kazał mu zabić mocniej. Jednym z jurorów miał być dziennikarz „Gazety wrocławskiej”. Niedawno zarzucałem to i owo tej redakcji na blogu, a w planach miałem kolejne krytyczne teksty, postanowiłem więc zgłosić się do konkursu tylko po to, żeby mieć pewność, że mój głos dotarł do kogoś z omawianej firmy, i z ciekawości, co będzie potem. Tak, ostatecznie zamieściłem u siebie przysłany przez organizatorów link i znak, łamiąc tym samym swoje zasady, ale przynajmniej nie dla sławy ani pieniędzy.

Przed wysłaniem zgłoszenia zrobiłem jeszcze jedną rzecz, której nie uważam za uczciwą, chociaż w żaden sposób nie naruszała regulaminu. Otóż oprócz podania danych swoich i bloga każdy chętny do udziału w konkursie musiał wybrać jedną z pięciu kategorii, w której miałby konkurować. Stanowiło to dla mnie problem. Moja „Misja i Transmisja” na pewno nie pasowała do kategorii „Moda i uroda” ani „Rodzina”, ani „Dom i wnętrza”. Rozpatrywałem tylko „Lifestyle i pasje” i „Wroclove”, ale od obu i tak mnie odpychało. Najpierw musiałem przeboleć, że organizatorzy nie mogli ich nazwać po polsku. Gdy chodzi o język, budzi się we mnie patriota. Dodatkowo zlepek językowy Wroclove kojarzy mi się paskudnie propagandowo i po prostu idiotycznie. Miałem już postawić na „Lifestyle i pasje”, gdy niespodziewanie, kilka dni przed upływem terminu zgłoszeń, na profilu facebookowym konkursu organizatorzy aż dwukrotnie wspomnieli, że najgorętszą, pierwszą pod względem popularności kategorią jest „Lifestyle i pasje”. Można powiedzieć, że zdecydowali za mnie i tym samym poprowadzili mnie za rękę aż na podium, na którym wręczyli mi nagrodę. Nie znam znaczenia słowa Wroclove, ale podałem je w swoim zgłoszeniu. Słusznie. W momencie zamknięcia listy w kategorii „Lifestyle i pasje” znajdowało się 96 blogów. We „Wroclove” – 8. Szanse na wejście do finału, do którego wybierano po pięć blogów z każdej kategorii – diametralnie różne. Tak, zakwalifikowałem się do niego dzięki pomocy organizatorów.

W jednej kwestii pozostałem wierny sobie i nie zrobiłem wszystkiego, żeby osiągnąć cel. Oprócz pięciu podstawowych kategorii, w których najlepsze blogi miało wybrać jury, przygotowano szóstą, niewymagającą ze strony organizatorów oceniania treści: „Blog internautów”. Nie skorzystałem. Głosowania internautów od dawna nazywam konkursami na to, kto ma więcej znajomych. Wyniki nijak nie świadczą dla mnie o jakości i nie miałem zamiaru się w to bawić. Nikogo nie informowałem, że można na mojego bloga głosować – ani na samym blogu, ani innymi drogami; ani czytelników, ani znajomych. W efekcie wśród 25 finalistów zająłem ostatnie miejsce i jestem z tego dumny. Zdziwiło mnie tylko, że mimo to jeden głos na mnie oddano. W pierwszej chwili mnie to zdenerwowało, bo chciałem dotrwać do końca z zerem, ale ostatecznie w porównaniu ze zwycięzcą i tak wypadłem mizernie. Stosunek liczby głosów 1:1448 uważam za wystarczająco imponujący. Żeby nie psuć tego wrażenia, jestem nawet w stanie udawać, że nie zauważyłem, że w tworzenie zwycięskiego bloga zaangażowane są dziesiątki osób, co w oczywisty sposób powinno skutkować zwielokrotnieniem „kliknięć”. Przegrałem mocno i nie wnikam w szczegóły.

Ceremonia ogłoszenia wyników i wręczenia nagród, która odbyła się w restauracji Przyjaciele i Znajomi w paru momentach mnie zaskoczyła. Po pierwsze: już nieraz tam jadłem, a o barze i przytulnej salce konferencyjnej na piętrze nie wiedziałem – ale to akurat nie ma większego związku z tematem. Przede wszystkim najpierw odczułem mieszankę zawodu z niepokojem, gdy usłyszałem, że tym razem każdą kategorią zajmował się jeden sędzia, a nie całe jury. Obawiałem się, że red. Grzegorz Chmielowski jednak nie czytał moich wypocin pod adresem jego kolegów, więc na nic moja próba. Błogie poczucie wróciło ze zdwojoną siłą, gdy się okazało, że oceniającym moją kategorię był właśnie pracownik „Gazety wrocławskiej”. Potem doszedł śmiech. Red. Chmielowski musiał powiedzieć parę zdań o każdym z pięciu blogów finalistów z kategorii, za którą opowiadał. Gdy dotarł do mojego, odniosłem wrażenie, że „Misja i Transmisja” nie tylko go nie zainteresowała, ale nawet nie została przez niego dokładnie przeczytana. Przykładowo z jego brzmiącej jak wymuszona wypowiedzi dowiedziałem się, że pisałem m.in. o wystawie logo… cyrku… i wystawie historycznej. W rzeczywistości były to: wystawa Lego… jarmark francuski… i festiwal teatrów ulicznych. Szczególnie nie dociera do mnie, jak można było tak przekręcić to ostatnie. Pierwsze też zaskakujące – mógłbym uwierzyć, że tak naprawdę to kto inny przeglądał mój blog, a pan redaktor miał potem problem z odczytaniem jego notatek. Co ciekawe, wspomniał przy tym o pewnej notce, która zgodnie z regulaminem i tak nie podlegała ocenie, bo była zbyt nowa – ale ona akurat raczej nie zdecydowała o moim sukcesie. Swoją drogą to śmieszne, że blog roku to tak naprawdę blog nie dwunastu, a siedmiu miesięcy – analizowane miały być publikacje od 1 stycznia do 5 sierpnia. Od następnej edycji proponuję przedłużyć ten okres wstecz tak, aby się zaczynał i kończył latem.

Red. Chmielowski niestety się nawet nie zająknął o moim stosunku do „Gazety wrocławskiej”. Właściwie to mogę mieć wątpliwości, czy cokolwiek o nim czytał – może ograniczył się do kilku ostatnich wpisów i do działu „O mnie”, który zdawał się niemal cytować. Nie wiem. W każdym razie pochwalił mnie m.in. za reporterską czujność. Kontrastowało to mocno z wystąpieniem jurora (z litości nie podam ani płci, ani nazwiska, ani kategorii), który parę razy wspomniał, że nie lubi kategorii, która mu przypadła. To mój zarzut pod adresem organizatorów. Kto nas właściwie oceniał? W każdej kategorii jedna osoba, która nie zna się na temacie? Może i ma to swój sens, może ułatwia pracę, bo dany juror nie musi czytać wszystkich stu kilkudziesięciu blogów, ale uważam, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Niedoskonałość dostrzegam nawet silniej w moim przypadku, w którym, jak mi się wydaje, zdecydowało pokrewieństwo dziedzin, którymi ja i osoba mnie oceniająca się zajmujemy. Wolałbym, żeby odpowiedzialne było całe jury. Sądzę, że tak by było sprawiedliwiej.

Z kwestii bardziej przyziemnych wspomnę jeszcze, co udział w konkursie – a nawet wygrana – mi daje. To samo, co zakwalifikowanie się do finału trzy lata temu. Jedna większa, ale nie nadzwyczajnie duża, fala odwiedzin, po której po paru tygodniach nie ma już śladu. Warto przy tym wspomnieć, że dawniej, gdy w jury zasiadała reprezentantka „Gazety wyborczej”, blogi były opisywane na jej serwisie. „Gazeta wrocławska” takiego prezentu mi nie zrobiła. Większą reklamę mieli ci, którzy walczyli w kategorii „Best Blogger” w konkursie „Wro Awards”. Organizująca go „Gazeta wyborcza” wykorzystała chyba swoje doświadczenia z „Blog Day”, Zrezygnowała jednak z tradycyjnych jurorów i oddała wybór internautom. W głosowaniu we wspomnianej kategorii wygrał ten sam blog, co w „Blog Day 2014”. Wyszedł na tym chyba nieźle.

Mojego poddawania się ocenom w tym okresie to nie koniec. Po paru miesiącach z rozpędu zachciało mi się wziąć udział jeszcze w konkursie „Blog roku”. Wprawdzie dręczyły mnie wątpliwości podobne jak w przypadku „Blog Day”, ale zdołałem je przezwyciężyć. Tym razem nie z egoistycznych pobudek, tylko dla choćby minimalnego rozsławienia ludzi, o których piszę, chociaż nie ukrywam, że byłem też ciekaw, czy Tomasz Raczek, juror wybranej przeze mnie tym razem bez wahania kategorii „Literackie i kulturalne”, zareaguje jakoś na moją notkę pt. „O męskości geja”. Niestety nie widziałem najmniejszej szansy na dojście do tego etapu konkursu. Na przeszkodzie stało jedno ze źródeł moich wątpliwości: najpierw musiałbym przebrnąć przez głosowanie SMS-owe. W tej zabawie, jak i kilka miesięcy wcześniej, nie miałem zamiaru brać udziału. Przygotowałem nawet wstępnie tekst na bloga: „Uprzejmie apeluję o niegłosowanie na mnie w konkursie. Nie warto. Konkurs traktuję tylko jako pośrednią reklamę inicjatyw kulturalnych we Wrocławiu. Pieniądze wydawajcie bezpośrednio na kulturę, na wybrane samemu jej przejawy”. Ostatecznie okazał się on nie do końca słuszny, gdy ogłoszono, że pieniądze z SMS-ów zostaną przekazane pewnej fundacji, oraz niepotrzebny, bo z konkursu się wycofałem. Wątpliwości wreszcie przeważyły po tym, jak organizatorzy przerzucili mojego bloga do kategorii „Lifestyle”. Drobiazg, ale w połączeniu z pozostałymi ostatecznie mnie zniechęcił. Udziału w kolejnych konkursach na razie nie planuję. Robię swoje.

Przy okazji zapraszam do zapoznania się ze świeżo sporządzoną przeze mnie listą niekoniecznie działających jeszcze blogów dotyczących Wrocławia, zamieszczoną na podstronie „Wrocławskie blogi”. Są na niej nowości – w 2014 r. powstało m.in.:

Warto też odnotować, że w tym samym roku zniknęła spod swojego nowszego adresu legenda: „Wrocław z wyboru”. Pod starszym niestety wielu wpisów brakuje.
Przykładowym blogiem, którego nie umieściłem na liście, jest „Wrocław – wczoraj i dziś” – bo praktycznie nie ruszył z miejsca.
Gdybym miał ocenić blogi z listy, to mnie szczególnie podobają się, niekoniecznie znane mi wcześniej: „Wrocławskie zapiski przyrodnicze” i „Breslau Drainers (Wrocławska Grupa Kanalarska im. Festung Breslau)”. Wyjątkowe, wręcz kultowe, jest dla mnie „Nieznoszę idiotów” założony przez dość znanego blogera – przeczytałem w całości, a raz na jakiś czas po prostu muszę tam zajrzeć i zrobić to ponownie. Za najciekawszy blog uważam natomiast najświeższy: „Wrocławscy Argonauci. Wojenna kronika zagłady” – żałuję, że poznałem go zbyt późno, by móc czytać go na bieżąco, dzień po dniu.

Końcowa refleksja. Bloguję od około pięciu lat. Minęło niepostrzeżenie i nie czuję, żeby zmieniło się u mnie wiele. To dobrze wróży moim planom, by kontynuować działalność jeszcze przez jakieś pół wieku.

Reklamy

, , , ,

  1. Za kaflami, przeciwko blogom | Misja i Transmisja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s