Płyta transformująca black metal

W relacji z pierwszego spotkania wspomniałem o „Człowieku witruwiańskim”. Na drugim go zobaczyłem. Różnił się jednak od oryginału: jego twarz zakryła pikseloza, a przy krawędziach kwadratu umieszczono symbolizujące doskonałość zestawy trzech siódemek. Taka okładka przywitała mnie 18 lutego 2015 r. w Firleju, na drugim spotkaniu z cyklu Dyskusyjnego Klubu Muzycznego, na którym odsłuchiwany był album Blut Aus Nord pt. „The Work Which Transforms God”.

W ramach wstępu organizatorzy z bloga „Terra Tenebrosa” przedstawili w skrócie historię black metalu. Wyróżnili trzy fale. Za pierwszą, w latach 80., w niemałym stopniu odpowiadali Szwajcarzy Thomas Gabriel Fischer i Martin Eric Ain z kapelami Hellhammer i Celtic Frost. Druga, na początku kolejnej dekady, związana była przede wszystkim z Norwegią. Jako trzecia przyszła fala postblackmetalowa, której reprezentantem jest Francuz Vindsval. Muzyk debiutował już w połowie lat 90. jako Vlad. Wkrótce potem zmienił nazwę projektu na obowiązującą do dzisiaj: Blut Aus Nord. Do jego najbardziej znanych albumów należy wybrany do odsłuchu, z 2003 r., wzbogacający black metal o elementy innych gatunków.

Wskutek wzmianki o industrialu zastanawiałem się, czyją twórczość zawartość „The Work Which Transforms God” będzie mi bardziej przypominać: Mortiisa czy Thaw. Jeszcze przed końcem albumu stwierdziłem, że ani jedną, ani drugą. Rzeczywiście zwracały uwagę ambientowe wstawki, ale ogólnie muzyka była zwyczajniejsza – przynajmniej na dzisiejsze standardy. Organizatorzy mówili o „kosmicznym brzmieniu”. Ja odebrałem je bardziej przyziemnie – było po prostu przestrzenne, zaś całość bez wydziwiania wrzuciłem do szufladki opisanej „awangardowy black metal”. Może dziesięć lat temu album zwróciłby moją uwagę. Obecnie wydaje mi się jednym z wielu.

Ciekawostką jest wizerunek i sposób funkcjonowania zespołu. Blut Aus Nord nie koncertuje. Ponadto Vindsval i pomocnicy, których sobie dobrał, od lat pozostają anonimowi. Nie są oczywiście jedynymi w historii muzykami, którzy ukrywają się pod pseudonimami. Już parę lat wcześniej podobnie robili członkowie Brujerii – ale dziś można to uznać za zabawę gwiazd. W czasach początków Blut Aus Nord sławny i kontrowersyjny stał się Anonymous z jednoosobowego, prowokacyjnego projektu Horde, pionier unblack metalu, jak później ujawniono, Australijczyk Jayson Sherlock – w tym przypadku ukrywanie tożsamości okazało się sensowne, bo twórca mógł udawać Norwega, a osoby wściekłe na niego za plamienie ich ukochanego gatunku chrześcijańskim przekazem nie wiedziały, do kogo dokładnie wysyłać pogróżki. Slipknot przypomniał niedawno światu, że używa masek i numerków – kto zastąpił zmarłego Paula Graya i wyrzuconego Joeya Jordisona, już wiadomo, ale oficjalnie tego nie zdradzono, chociaż może głównie dlatego, że nowi instrumentaliści nie są pełnoprawnymi członkami zespołu. Prawie natychmiast, jeszcze podczas spotkania, przyszło mi natomiast do głowy Ghost, czyli pięciu Nameless Ghouls z podobno już drugim Papa Emeritusem w roli frontmana – ale tu mimo wszystko wizerunek jest bardziej znany niż muzyka. Kim zaś był Mr. X, który grał na gitarze basowej na „Steel Fist” polskiego Panzer X, do dzisiaj nie jestem pewien, ale ideologii bym do tego nie dorabiał. Na tym tle Blut Aus Nord wydaje się w swojej anonimowości konsekwentne, poważne i rzeczywiście podziemne, co prowadzący spotkanie, chociaż w inny sposób, również stwierdzili.

Co do samych kwestii technicznych, organizatorzy DKM-u poczynili postępy. Odsłuch urozmaicili pokazem zdjęć autorstwa wrocławskiego artysty Kitajgoroda. Czy pasowały do muzyki, to kwestia sporna, ale jest to krok naprzód. Zdecydowanym plusem było wtopienie w tę prezentację tytułów zaczynających się utworów. Dodatkowo tym razem usiadłem bliżej głośników, możliwie pomiędzy nimi, więc lepiej słyszałem stereo i mam mniej powodów do narzekania.

Dyskusyjny Klub Muzyczny wywołuje u mnie różne skojarzenia. Przypominają mi się Podglądania Filmowe, jedna ze scen z Krzysztofem Zanussim z „Amatora” Krzysztofa Kieślowskiego, a najczęściej tekst „A wieczorami” Dezertera. Może kiedyś porównam coś do DKM-u, ale ostateczne przekonanie się o jego charakterze zajmie mi pewnie około roku. W końcu cykl dopiero się rozkręca. Tymczasem będę się cieszył obcowaniem z muzyką i jej historią.

Reklamy

, , , , , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s