Ćma rozwinęła skrzydła

Warszawskie Obscure Sphinx ruszyło jako headliner w czteroweekendową trasę po kraju. Jako kibicujący grupie od swego pierwszego z nią kontaktu, czyli od jesieni 2010 r., i uważający ją za drugie najważniejsze – po Blindead – objawienie polskiego post metalu, nie zamierzałem odpuszczać sobie okazji do headbangingu przy granej na żywo muzyce Wielebnej i jej czterech kolegów. We wrocławskim klubie Liverpool zapowiadała się 8 maja 2015 r. dobra zabawa.

Według wstępnych planów i plakatów pierwszym supportem miała być grupa Spirit. Niestety pod koniec kwietnia odwołała swój udział w rozpoczynającym trasę koncercie. Szkoda, bo muzycznie miażdży i szatkuje szybkimi tempami i matematycznie wyznaczonymi akcentami. W efekcie tej nieobecności z rozgrzewaczy w stawce zostało tylko Butterfly Trajectory. Czy to przypadek, że jeden zespół ma w nazwie ćmę, a drugi – motyla, nie wiem, ale najważniejsze, że były do siebie w miarę dopasowane muzycznie. Będący dopiero po długogrającym debiucie kwartet z Poznania wykonał m.in. „Time to Avow” oraz – zgodnie z zapowiedzią wokalisty – swój pierwszy utwór, który pojawił się w sieci. Spektrum wykazał się szerokim – w jego progresywnych kompozycjach krzyżowały się techniczny death metal i ballady. Przeważał pierwszy składnik, więc podczas trwającego niespełna godzinę setu wysłuchaliśmy głównie rozbudowanej ekstremy ze spokojniejszymi fragmentami. Supportem zespół okazał się nie zachwycającym, ale niezłym. Zastrzeżenia można mieć chyba tylko do nagłośnienia i niedoświadczenia wokalisty, przez które często trudno było zrozumieć, co mówi w przerwach między utworami.

Gdy na scenie instalowało się Obscure Sphinx, tłum pod nią zgęstniał. Kto choć raz widział zespół na żywo, w większości wie, czego się powinien po nim spodziewać. Przede wszystkim trudno zapomnieć o Wielebnej wyginającej się w teatralnych gestach, zdającej się nie dbać o to, czy nie straci zaraz równowagi. Zastanawiałem się, czy zaskoczy mnie kolejną modyfikacją image’u, ale pokazała się w wersji, której wszystkie elementy już wcześniej widziałem, choć w innych konfiguracjach: wróciła do czerni, zostawiając na twarzy biały makijaż z ciemną ćmą na oczach, nosie i czole. Ręce tradycyjnie owinęła udającymi resztki kokonu bandażami. Najmocniejszym punktem występu frontmanki okazała się jednak nie jej składająca się ze stroju i ruchu kreacja, lecz minuta spędzona wśród widzów. Wejście z mikrofonem w rozgrzaną publiczność, choćby w trakcie tylko jednego utworu, prawie zawsze daje dobre efekty. Zresztą również inni muzycy nieraz opuszczali scenę, tyle że w innym celu. Wydaje się, że przyjęli zasadę: kto akurat nie gra, ten albo przyjmuje jakąś charakterystyczną pozę, np. kuca ze schyloną głową, eksponując gitarę przed sobą, albo schodzi z widoku. Tak się tworzy przedstawienie!

Muzycznie dopełniał to głównie materiał z „Void Mother”. Występ zaczął się od puszczonego z playbacku „Velorio”. Później usłyszeliśmy wiele transowych partii bębnów, walcowatych riffów i kilka nastrojowych wokaliz w takich kompozycjach, jak „Lunar Caustic”, „Waiting for the Bodies Down the River Floating”, „The Presence of Goddess” i „Decimation”. Po około osiemdziesięciu minutach, które minęły zaskakująco szybko, Wielebna powiedziała, że to był ostatni utwór i scenę opuścili tym razem wszyscy członkowie zespołu. Publiczność nie dała jednak za wygraną. Skandowanie nazwy zespołu podziałało. Na bis dostaliśmy „Nastiez”. Późniejsze kilka minut to jedno z milszych zakończeń koncertów, jakie widziałem. Nazwa zespołu skandowana była na zmianę z „DZIĘ-KU-JEMY”. Wielebna dawała znaki, że chce coś powiedzieć, ale chyba lekko ją zatkało. W końcu, po teatralnym ukłonie, przyszedł czas, żeby się szczerze uśmiechnęła. Na nasze owacje zespół odpowiedział odwzajemnieniem podziękowań. Na pożegnanie rozdał setlisty i zrobił sobie zdjęcie na naszym tle. Niech pamięta, że we Wrocławiu jest dobrze przyjmowany.

Było gorąco – trudno było tego nie odczuć. Temperatura rosła jednak nie tylko dosłownie, ale i metaforycznie, w sercach, i przekroczyła odpowiedni poziom, dzięki czemu – jak uważam – początek trasy Obscure Sphinx miało wymarzony. Oby na kolejnych przystankach było co najmniej porównywalnie dobrze.

Reklamy

, , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s