Od Lucasa do Disneya – powrót do korzeni?

Fani i nie tylko fani cieszą się, że wkrótce zobaczą trzecią trylogię „Gwiezdnych wojen”. Od momentu wykupienia praw do sagi przez Disneya wielu kolejnym komunikatom, ogłoszeniom planów towarzyszyły jednak – oprócz radości – obawy i nieufność przyszłych widzów: że zrobi się bajkowo, że twórcy postawią ilość nad jakość, że to już nie będzie to samo. Tylko czy aby na pewno dawno temu nie było gorzej? Nie każdy już pamięta, jakie ruchome obrazy poza trzema najważniejszymi prezentowano w pierwszym okresie sagi – w latach 70. i 80. XX w. – a na krótko przed premierą „Przebudzenia Mocy” warto je jeszcze raz przypomnieć.

Dobrą podstawą do strachu są kontrowersje wokół drugiej – w chronologii produkcji – trylogii. Wielu wcześniej wychowanych miłośników oczekiwało od powracających „Gwiezdnych wojen” epickości, a zamiast tego otrzymało „Mroczne widmo”, które uznało za zbyt dziecinne. Jeden z głównych winowajców – Jar Jar Binks – stał się natychmiast bodajże najbardziej znienawidzoną postacią serii. Z dezaprobatą spotkał się również wybór Haydena Christensena na odtwórcę roli Anakina Skywalkera w dwóch kolejnych filmach. George Lucas, choć wciąż wielki, nie cieszył się w tym okresie najlepszą opinią, zresztą nie tylko z tych powodów.

Informacja o przejęciu w 2012 r. wytwórni Lucasfilm Ltd., a wraz z nią praw do „Gwiezdnych wojen”, przez The Walt Disney Company wywołała z kolei początkowo lawinę żartów. Niekoniecznie na serio, ale powszechnie wyrażano przekonanie, że teraz można się spodziewać wszystkiego. Pojawienie się bohaterów gwiezdnej sagi w wielkim disneyowskim crossoverze, czyli serialu „Once upon a Time”, należałoby – według pesymistycznych przewidywań – do łagodniejszych skutków ubitego interesu. Spotkanie z córką królewny Śnieżki wciąż leży jednak w sferze gdybania. Tymczasem zaś stopniowo pojawiają się konkrety – i już wiadomo, że oprócz trylogii powstaną dodatkowe filmy, zaliczane do tzw. antologii, m.in. o Hanie Solo i o pilotach rebelianckich myśliwców. Jest zrozumiałe, że zrodziły się podejrzenia, że wytwórnia chce wycisnąć temat do ostatniego centa. Tak więc pesymiści obawiają się zwrotu w kierunku młodszego odbiorcy oraz spadku jakości w pogoni za kasą. Ideałem, do którego się nieraz z sentymentem odnoszą, mają rzekomo być czasy starej trylogii.

Można przyjąć, że „Nową nadzieję”, „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi” zna w Polsce każdy, kto się interesuje kinem. Ci, którzy ćwierć wieku temu odbierali Filmnet, mogą pamiętać również dwie produkcje telewizyjne o Ewokach: „Caravan of Courage: An Ewok Adventure” i „Ewoks: The Battle for Endor”. Z pozostałymi dziełami do oglądania na srebrnych ekranach zetknęły się raczej głównie osoby drążące temat i żądne kontaktu z gwiezdną sagą. Co przegapiła reszta? Co się kryje w cieniu trylogii z przełomu lat 70. i 80. XX w.? Gdy prezentowane są nam nie tylko zwiastuny „siódemki”, po której nadejdzie „ósemka” i „dziewiątka”, lecz zdradzane są również plany na filmy „bez numerów”, a oczekiwanie na nie umila nam serial animowany, warto wiedzieć, jak takie działania mają się do przeszłości gwiezdnej sagi.

Świąteczne wojny

Gdy w 1977 r. na ekrany kin wchodziły pierwsze przygody Luke’a Skywalkera, George Lucas był przygotowany i na ich sukces, i na porażkę. W razie niepowodzenia sequel zamierzał nakręcić niskobudżetowy na podstawie gotowej już historii wydanej niewiele później w formie książkowej jako „Spotkanie na Mimban” („Splinter on the Mind’s Eye”). Jak wiadomo, stało się inaczej. Wbrew powszechnemu przekonaniu drugim powstałym filmem nie było jednak „Imperium kontratakuje” z 1980 r. Najmroczniejszy epizod w historii „Gwiezdnych wojen”, o którym część osób zaangażowanych lub powiązanych woli nie mówić, nastąpił dwa lata wcześniej. Nakręcone wówczas dzieło nazywało się „Star Wars Holiday Special” i do dziś przechodzi wyobrażenia kolejnych pokoleń, które z ciekawości po nie sięgają. Należy zaznaczyć, że w odpowiedzialnej za nie bezpośrednio ekipie nie było George’a Lucasa ani Johna Williamsa, ani paru innych ważnych dla serii osób, jednak swoje role z „Nowej nadziei” odtworzyli m.in. Harrison Ford, Mark Hamill i Carrie Fisher, zaś historia zaprezentowana w godzinnym programie telewizyjnym generalnie osadzona była w świecie „Gwiezdnych wojen”, wstępnie można więc było traktować ją jako prawowity ciąg dalszy dziejów głównych bohaterów sagi.

Niestety świąteczny filmik razi i odpycha i w ogóle, i w szczególe. Drażnią zbliżenia na twarze, scenariusz, dłużyzny… Praktycznie trudno jest się do czegoś nie przyczepić. Już na początku widza zaskakuje informacja, że ojciec Chewbacki nazywa się Itchy, zaś syn – Lumpy. Noszone przez nich imiona pasowałyby lepiej do domowych psiaków. Na tym niespodzianki się nie kończą. Przez większość „Star Wars Holiday Special” kamera pokazuje wnętrze chaty wysoko na drzewie, z typowo ludzkim salonem, kuchnią, w której żona Chewbacki pracuje ubrana w fartuch, a później ogląda z utęsknieniem stojące na regale zdjęcie męża. Czy ktokolwiek oczekiwał od „Gwiezdnych wojen” pokazywania prac domowych i rodzinnych scenek? Nie, saga opowiada o konflikcie między dobrem a złem. Występujące w niej postacie były wykorzystywane m.in. w kampanii antynikotynowej, ale godzinny program z przesłaniem mówiącym, że święta należy spędzać razem, rodzinnie, do dzisiaj jest trudny do przyjęcia. Tu nawet Han Solo okazał naprawdę czułe oblicze – coś, czego wielbiciele filmowych awanturników wolą nie widywać.

Drugą funkcją „Star Wars Holiday Special” zdaje się być pochwała telewizji. W filmie postanowiono upchnąć jak najwięcej atrakcji. Znalazła się w nim m.in. zabawna parodia programu kulinarnego, animowana wstawka – skądinąd powszechnie uważana za jedyny pozytywny punkt całości – w której pojawił się Boba Fett, a nawet teledysk zespołu The Jefferson Starship. Jak to wszystko połączono sensownie w jednej produkcji? Najprościej, jak się dało: Wookiee oglądały telewizję i holograficzne nagrania rozrywkowe. Widz tymczasem tęsknił za akcją. Wprawdzie o niektórych scenach można powiedzieć, że coś się w nich działo, jednak prawdopodobne wrażenie końcowe jest takie, że więcej czasu zajęły piosenki. Pojawiło się ich w „Star Wars Holiday Special” parę, a finałową zaśpiewała nawet sama Carrie Fisher, do jednego z motywów muzycznych z „Gwiezdnych wojen”, co dla fana powinno być jedną z większych ciekawostek. Żadne odnalezione po usilnych próbach plusy nie przeważą jednak nad chęcią załamania rąk, przeklinania pod nosem, wyrażania niedowierzania bądź po prostu przerwania projekcji, by nigdy już do niej nie wrócić. „Star Wars Holiday Special” zasłużyło na podsumowywanie wszelkimi krytycznymi komentarzami, nawet najgłupszymi. Dlatego oznajmiam, że rozmowy przez wideotelefon z Lukiem i z Leią wyglądały śmiesznie – i nie zamierzam więcej zgłębiać tematu.

Należy jeszcze tylko uczciwie przyznać, że niektóre pomysły po kilku latach powróciły. Codzienna rzeczywistość słynnych mieszkańców Endoru – ich domy, relacje rodzinne – może się wydać znajoma. Gdzieś ją wcześniej pokazano, tylko w nieco innej postaci – właśnie w tej produkcji. Już w „Powrocie Jedi” można zauważyć – chociaż dokładniej widać to w późniejszych spinoffach – że Ewoki ze swoim światem są jakby dopracowaną wersją Wookieech i Kashyyyku ze „Star Wars Holiday Special”. Z „miśkami” wychodzi to na szczęście lepiej: „przytulacki” wizerunek im pasuje bardziej niż wojowniczemu gatunkowi Chewbacki.

Można śmiało stwierdzić, że telewizyjna produkcja świąteczna z 1978 r. opuściła poprzeczkę tak nisko, że potem nic już nie powinno razić. Kierowana była wyraźnie do widza młodego i niewymagającego, najlepiej do rodziców z dziećmi, ale trudno jest wskazać, do kogo lub do czego ostatecznie trafiła. Niezaprzeczalnie na jej tle nie tak źle wypada wszystko, za co później przeklinano i ciskano na Lucasa i spółkę gromy, a raczej wypadałoby, gdyby nie skazano jej na zapomnienie. Do drugiej takiej porażki na koncie „Gwiezdnych wojen” miało już nigdy nie dojść.

O Ewokach i droidach

Kolejne produkcje telewizyjne osadzone w świecie sagi pojawiły się dopiero sześć lat później, wkrótce po ostatniej części pierwszej trylogii. Za tę falę spinoffów z połowy lat 80. zabrano się już staranniej.

Jako pierwszy pojawił się film telewizyjny o Ewokach – „Caravan of Courage: An Ewok Adventure” z 1984 r. – opowiadający, podobnie jak wyemitowana rok później kontynuacja zatytułowana „Ewoks: The Battle for Endor”, o walce małej Cindel Towani i jej rodziny o życie po rozbiciu się na Endorze. Dalsze dzieje mieszkańców lasu, rozgrywające się na krótko przed „Powrotem Jedi”, ukazano w serialu animowanym „Ewoki”. W latach 1985-1986 powstały dwie serie. Pierwszą emitowano równolegle z „Droidami” – inną kreskówką, której głównymi bohaterami były R2-D2 i C-3PO, a której akcja osadzona jest gdzieś przed „Nową nadzieją”, a po nieistniejącej wtedy jeszcze „Zemście Sithów”. Rok później zaprezentowano jeszcze specjalny odcinek przygód dwóch robotów.

Zawartość trylogii w spinoffach

Jak na rasowe spinoffy przystało, powiązań z trylogią nie ma tu wiele. Co do postaci, w produkcjach o Ewokach występuje Wicket ze swoimi mniej dotychczas znanymi pobratymcami. Więcej powiązań personalnych znaleźć można w „Droidach”. Poza bohaterami tytułowymi, w jednym odcinku pojawia się również Boba Fett, zaś we wzmiankach – Jabba Hutt i Imperator. Trudno jest znaleźć inne elementy łączące spinoffy z trylogią choćby pośrednie. Nawet żołnierze Imperium pojawiają się rzadko i jedynie w serialach – są głównymi przeciwnikami głównych bohaterów w końcowych odcinkach, przy czym w „Droidach” najwyższy rangą, admirał Screed, przewinął się nie tylko w cyklu Baobaba, ale też wcześniej, epizodycznie. Dodatkowo do „Ewoków” wraz ze złą armią tymczasowo wprowadzono muzykę nieco zbliżoną stylistycznie do motywów z trylogii.

Gdzie jest Moc?

Wydawałoby się, że Moc jest nieodłączną częścią świata „Gwiezdnych wojen”, może z wyjątkiem książkowych i komiksowych pozycji poświęconych takim postaciom jak Han Solo i Lando Calrissian. W połowie lat 80. nie miała chyba jednak aż tak ikonicznego statusu jak obecnie. W spinoffach o Ewokach i droidach nie tylko nie występuje choćby najmniejsza wzmianka o Mocy, ale też pokazanych jest wiele zjawisk, które nawet fan „Gwiezdnych wojen” mógłby nazwać prędzej „zwyczajną” magią, co koliduje z wizją, w której zakres sił nadprzyrodzonych zdaje się być konkretnie ustalony. Przykładowo w „Caravan of Courage” pojawiają się czary m.in. zasadniczo zbliżone do tradycyjnej kryształowej kuli – jak w wielu innych bajkach, a nie np. w „Imperium kontratakuje”, w którym Luke widzi losy swoich przyjaciół w myślach. W drugim filmie – „The Battle of Endor” – twórcy umieścili magiczny pierścień i wiedźmę zmieniająca się w ptaka – ponownie nic w rodzaju zjawisk z trylogii. W serialu „Ewoki” widz spotyka się natomiast m.in. z mnogością eliksirów. Ze znaną z trylogii Mocą kojarzą się tylko niektóre wyczyny Lograya z drugiej serii, a także przejawiana przez Teebo umiejętność kontaktowania się z innymi istotami żywymi. „Droidy” z kolei stosunek do Mocy i magii miałyby całkowicie neutralny, gdyby nie motyw zarazy, której ofiary po prostu znikają, oraz pułapka zmniejszająca, której działanie nie jest dokładnie wyjaśnione, więc można ją uznać albo za czary, albo za cud techniki również nieprzystający do trzech głównych filmów.

To już było

„Gwiezdne wojny” mają bogaty własny świat i obecnie to raczej inne dzieła nawiązują do nich niż odwrotnie. W spinoffach z okresu pierwszej trylogii kwestia odniesień wyglądała inaczej. „Star Wars Holiday Special”, w którym pojawiła się m.in. popularna wówczas grupa rockowa, było przypadkiem ekstremalnym i niezbyt wyrafinowanym. W połowie lat 80. sprawa prezentowała się już lepiej. Można oczywiście narzekać, że „Caravan of Courage” przypomina klasyki Tolkiena, podobnie jak złe pająki z serialu o Ewokach to standardowy motyw, wzięty być może z „Hobbita” tegoż pisarza, ale nie razi to tak bardzo, gdy się uwzględni zbliżonego typu zbieżności trylogii z „Pierścieniem Nibelunga” Wagnera. Gdyby spróbować się doszukać inspiracji współczesnych, można zauważyć, że serial o mieszkającej w lesie rasie gnębionej często przez wiedźmę oraz wykonujące nieraz jej polecenia Duloki nie jest zbyt oryginalnym pomysłem. Czyżby echa „Smerfów”? „Ewoki”, zwłaszcza pierwsza seria, przypomina cykl o niebieskich ludzikach, będąc czymś pomiędzy nim a „Gumisiami”, które swoją premierę miały bodajże zaledwie tydzień po produkcji Lucasfilm. Jeśli pozostać przy kreskówkach, trudno nie uznać, że napakowany rozmaitościami bardziej niż scyzoryk R2-D2 zaczerpnął trochę z inspektora Gadżeta. Prawdziwą kopalnią nawiązań do innych dzieł kultury jest jednak druga seria „Ewoków”. O ile podobieństwo Horville’a do postaci nauczyciela z „The Wall” Pink Floyd może jeszcze być przypadkowe, o tyle co najmniej trzy inne elementy nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Są to: Wicket pojmany niczym Guliwer w Krainie Liliputów, wariacja na temat „March of the Winkies” z „Czarnoksiężnika z Oz” i „cieknący” zegar Dalego. Ten ostatni, jako wtręt z malarstwa, więc kultury wyższej, można nawet uznać za edukacyjny.

To już było u Lucasa

Jeszcze więcej o poziomie oryginalności spinoffów z lat 80. mówią ich podobieństwa do wcześniejszych filmów ze świata „Gwiezdnych wojen”. Widzowi wiele motywów i postaci może się wydać znajomych. Wspomniane wcześniej zamieszkiwanie rodzin futrzaków w domkach na drzewach, to dopiero jeden z nich. Spotkanie ludzi z leśnymi „miśkami” w „Caravan of Courage” to jakby wariacja na temat analogicznych wydarzeń z „Powrotu Jedi”. Mniej oczywiste, ale również wyraźne, jest przeniesienie w inne realia motywu kuszenia młodego adepta przez Ciemną Stronę Mocy w jednym z odcinków drugiej serii „Ewoków”: Logray, Zarrak i Teebo są odpowiednio jak Obi-Wan, Vader z domieszką Imperatora i Luke.

Naprawdę brutalnie można przy tym podsumować serial „Droidy”, na który praktycznie składa się trzykrotnie powtórzony schemat z „Nowej nadziei”: od znalezienia się tytułowych bohaterów w rękach nowych panów, poprzez przeżywane z nimi następnie przygody, w ramach których poznają oni pewną kobietę i stawiają czoła wrogiej grupie. Kolejni właściciele natomiast szczególnie się między sobą nie różnią. Ba, nie wydają się nawet zbyt oryginalni. Jann Tosh i Thall Joben to niemal kalki młodego, naiwnego Luke’a Skywalkera, podobnie zresztą jak niecierpliwy, narwany Mace Towani z „Caravan of Courage”. Jedynie Mungo Baobab przejawia więcej cech zainteresowanego głównie sobą Hana Solo, stanowiąc niejako jego lżejszą wersję. Jeśli natomiast dodać do tego, że Imperium szuka klejnotu Sunstar w „Ewokach” i kamieni runicznych w „Droidach” jak naziści z „Poszukiwaczy zaginionej Arki” z 1981 r., to w takim razie stający mu na drodze Baobab to nie tylko Han Solo, ale też Indiana Jones – Harrison Ford po dwakroć.

To dopiero miało u Lucasa być

Motyw poszukiwania przez złych żołnierzy magicznych przedmiotów przyjął się w produkcjach Lucasa nieźle. Co ciekawe, jeden z wykorzystujących go filmów wygląda na częściowo inspirowany spinoffami „Gwiezdnych wojen”. Konkretnie: w „Caravan of Courage” można się dopatrzeć pierwowzoru końcówki „Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty” z 1989 r. Ten sam film telewizyjny ma w sobie również coś z „Willow” – też późniejszego dzieła Lucasa, z 1988 r., znanego m.in. z efekciarskiej sceny transformacji, która z kolei mogła mieć korzenie w czarze z drugiej serii animowanych „Ewoków”. Jeśli chodzi o same „Gwiezdne wojny”, w nich również można się dopatrzeć podobieństw. Zapożyczenie mogło zostać dokonane ponownie z drugiej serii „Ewoków”: podróż głównych bohaterów na dno oceanu – konkretnie sposób, w który przebywają drogę – kojarzy się z wyprawą do miasta Gungan na Naboo z „Mrocznego widma”.

Dla kogo?

Chociaż spinoffy „Gwiezdnych wojen” z lat 80. można analizować łącznie, różnią się one między sobą nie tylko fabułą, ale też poziomem artystycznym, a nawet grupami wiekowymi, do których są kierowane.

„Caravan of Courage” celuje w publiczność chyba zbliżoną do „Star Wars Holiday Special”, ale tym razem uniknięto błędów i porażki – powstała przyjemna bajka przygodowa fantasy, a nie tania, z założenia skrajnie lekka rozrywka. Widz poznaje więcej istot zamieszkujących Endor, która okazuje się być nie taką leśną planetą – krajobraz ma bardziej zróżnicowany. Pojawiają się nocne istoty, coś jak troll i zwierzęta podobne do naszych. W scenie ze stworem z wnętrza drzewa udało się nawet odtworzyć tajemniczy nastrój znany z „Imperium kontratakuje” – z Dagobah i asteroidy kosmicznego ślimaka. Mimo to „Caravan of Courage” pozostaje filmem przeznaczonym dla osób nieco młodszych niż w przypadku trylogii. Starszym odbiorcom może więc „zgrzytać”, że Ewoki nie zjadły ludzi, których ponadto widok, a nawet towarzystwo, dla części „miśków” nie wygląda na dziwne, ba, zdają się one nawet rozumieć ich mowę. Prawdziwym wyzwaniem dla cierpliwości miłośnika „Gwiezdnych wojen” są jednak dopiero czułe dialogi. Gdy młodzi rozbitkowie Mace i Cindel rozmawiają o miłości do rodziców i byciu dobrymi dziećmi, robi się mdło. Na szczęście nie ma takich fragmentów zbyt dużo, zaś wypowiedzianą przez narratora myśl „Odwaga, lojalność i miłość są najmocniejszymi siłami we Wszechświecie” da się jakoś przeboleć.

Niestety „The Battle for Endor”, czyli sequel „Caravan of Courage”, już od pierwszych scen przypomina bardziej film familijny. Ta muzyka zdecydowanie nawet nie w stylu Johna Williamsa, ten Wicket idący w podskokach jak dziecko, do tego jakby bardziej ziemski niż wcześniej las, który przestał być przez to imponujący – to dopiero początek. Miłośnicy trylogii pewnie zwrócą uwagę na to, że najsłynniejszy z Ewoków zadziwiająco dobrze mówi już po angielsku – w basic, jeśli ktoś woli – pomimo że w rozgrywającym się później „Powrocie Jedi” tego języka nie pamięta. Gdy w końcu tempo siądzie i w połowie filmu widz nabierze pewności, że ogląda bezpłciową przygodówkę, nie zdziwię się, jeśli z trwogą sprawdzi, czy „The Battle for Endor” nie jest kolejnym dziełem ekipy od „Star Wars Holiday Special”. Tak, drugi film o Ewokach niebezpiecznie się zbliża do poziomu telewizyjnej produkcji z lat 70. Na szczęście zrobił go kto inny, więc efekt końcowy nie jest tragiczny. Jeśli się przejrzy listę płac, można jednak zauważyć, że nie tylko ze „Star Wars Holiday Special” nie jest ona zbieżna. Główni twórcy „The Battle for Endor” to większości zupełnie inni ludzie niż w przypadku „Caravan of Courage”. Oprócz takich kluczowych osób jak reżyser, scenarzyści i operator zmienili się zresztą też odtwórcy ról rodziców głównych ludzkich bohaterów, przy czym tutaj matka w ogóle nie pokazuje twarzy, zaś ojciec ma na ekranie jeszcze mniej czasu niż w pierwszej części. Aż by się chciało, żeby Lucas, swoim zwyczajem, poprawił przy pomocy efektów specjalnych różnice w wyglądzie przy okazji ewentualnej edycji specjalnej. Mógłby się nawet posunąć dalej i „udoskonalić” w całości innego aktora. Choć bowiem nie tylko przed kamerą rotacje są boleśnie odczuwalne, to jeden z największych koszmarków zagnieździł się na pierwszym planie: gra sześcioletniej Aubree Miller powracającej do roli Cindel jest tu naprawdę nieznośna.

O pierwszej serii animowanych „Ewoków” można śmiało napisać, że jest przeznaczona dla dzieci, ale do gustu może przypaść również dorosłym miłośnikom „Gwiezdnych wojen”. Dla młodych odbiorców wprowadzono oczywiste uproszczenie: wszyscy bohaterowie mówią po angielsku. Zostawiono jednak – i to zasługuje na pochwałę – okrzyki Ewoków w ich własnym języku. Te resztki oryginalnej mowy wraz z innymi elementami fabuły składają się na kulturę, którą poznawać jest całkiem zabawnie. Historia i zwyczaje „miśków” ujawniają się częściowo w związku z konfliktami z innymi mieszkańcami Endoru. Jednym z przewodnich wątków jest nie od razu wytłumaczony zatarg między Lograyem, szamanem Ewoków, a wiedźmą Morag, której polecenia często musi wykonywać groźna, ale wprowadzająca element komediowy, rasa Duloków. Każdy odcinek zaczyna się od chwytliwej, typowej dla bajki piosenki, co starszych widzów może zniechęcić, ale nie powinni rezygnować zbyt pochopnie. Nastrój i rozmaite smaczki sprawiają, że „Ewoki” ogląda się z przyjemnością. Widać, że twórcy nie robili tego serialu w pośpiechu. Mieli pole, żeby się wykazać wyobraźnią, i dobrze je wykorzystali.

Druga seria „Ewoków” niestety nie zachowała tradycji stosunkowo wysublimowanej pierwszej. Już otwierająca odcinki piosenka, bardziej dziecinna, działa jak sygnał ostrzegawczy. Styl serialu się zmienił, i to wyraźnie. Z myślą o młodszym odbiorcy wprowadzono elementy slapsticku i mnóstwo drażniących efektów dźwiękowych. Akcja każdego odcinka – które w większości są o połowę krótsze i przez to bardziej „upakowane”, mniej szczegółowe, słabiej dopracowane pod względem fabularnym – skupia się na przygodach już tylko czworga Ewoków, pozostałe spychając na dalszy plan. Aby bardziej zróżnicować ich charaktery i otrzymać ich standardową mieszankę, twórcy zdecydowali się na zabieg odbierający serialowi jeszcze więcej uroku. W drugiej serii „Ewoków” parę motywów zmieniono, z niektórych zrezygnowano, ale żadna z tych modyfikacji nie uderza tak bardzo jak totalne przemodelowanie osobowości Teebo. Dotychczas widzowie oglądali na drugim planie dwie „dziewczyny” zakochane bez wzajemności w dwóch „chłopakach”. Postanowiono uwypuklić ten wątek i uczynić go bardziej komediowym. Żeby odróżnić Teebo od Wicketa, w przypadku pierwszego z nich relacje zostały odwrócone. Teraz to on jest szaleńczo zakochany w Latarze, która z kolei stała się agresywną, zapatrzoną w siebie materialistką i kusicielką. Przemianę tę można jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale utrata charakteru przez Teebo to dobry przykład powodu do protestów fanów. Jedna z ciekawszych postaci pierwszej serii z Ewoka stosunkowo uduchowionego zmieniła się w niezdarnego, strachliwego, wręcz głupawego, budzącego mniej sympatii i ani trochę szacunku. Razi to od pierwszego odcinka. Ponadto nowy Teebo rzadziej się kontaktuje z innymi istotami żywymi. Zresztą nawet Logray wydaje się inny, np. wysługuje się magią, gdy nie musi – wbrew swoim poglądom z pierwszej serii. To jednak jest oczywiście bardziej widowiskowe.

Można się też zastanowić, czy twórcy nie przesadzili z liczbą rozmaitych istot, którym Wicket, Teebo, Latara i Kneesaa muszą stawić czoła. Widz aż się może zacząć dziwić, ile jeszcze postaci, szczególnie magów w pałacach, mieszka wokół wioski Ewoków. Przecież to nie ogród zoologiczny. Razi również więcej nawiązań do współczesności. Oczy otwierają się szerzej, gdy słyszy się słowa „pain in the…”, widzi coś jak gang na motorach, zaś pseudorastafariański Sun King po prostu dobija. Za dużo tego wszystkiego.

Kto nie lubi Ewoków i myśli, że serial „Droidy” reprezentował wyższy poziom, może się zawieść. Poprockowa piosenka z rozbiegówki, autorstwa perkusisty zespołu The Police, nie robi już wprawdzie takiego dziecinnego wrażenia, ale złudzenia się rozmywają, gdy Threepio zaczyna biegać susami. W porównaniu z „Ewokami”, zwłaszcza pierwszą serią, „Droidy” ze swoim sposobem animacji to toporny slapstick. Jedynie wydany na świat przez innego reżysera odcinek specjalny zatytułowany „The Great Heep” posiada lepszą dramaturgię, muzykę, akcję i scenariusz. Widzom dorosłym i tak jednak obejrzenia serialu się nie zaleca – nie znajdą w nim dla siebie zbyt wiele.

Epoka trzeciej trylogii

Minęły trzy dekady, w trakcie których sporo się wydarzyło. Ponad rok temu rozpoczęła się emisja serialu animowanego „Rebels”, za dwanaście miesięcy na ekrany kin wejdzie filmowy spinoff pt. „Rogue One”, zaś lada dzień odbędzie się najważniejsze dla wielu fanów „Gwiezdnych wojen” wydarzenie tego dziesięciolecia – premiera „Przebudzenia Mocy”. Czego w przytoczonym kontekście można się po nadchodzących dziełach spodziewać, a w szczególności, czego się obawiać?

Na początek należy sobie uświadomić, że zmieniły się czasy i warunki. Mainstreamowym animacjom stawia się trochę inne wymagania, zaś nadchodzące filmowe spinoffy będą kinowe, a nie telewizyjne. Nic z tego, co dotychczas zapowiedziano, nie będzie przypominało „Star Wars Holiday Special”. Nie jest jednak do końca pewne, do jakiej publiczności będą kierowane disneyowskie „Gwiezdne wojny”. Na pewno w nowej trylogii trudno się spodziewać mocnego zwrotu w stronę widza nieletniego, ale delikatny, taki na poziomie „Mrocznego widma”, już by nie zdziwił, nawet pomimo kpin twórców z dziecinniejszych elementów, jakimi były Ewoki i Jar Jar Binks. Trochę bardziej zagadkowo ma się sprawa z filmowymi spinoffami. Na tym polu scenarzyści, reżyserzy i producenci mogą się czuć mniej zobowiązani do trzymania się upragnionego przez wielu fanów stylu. Najspokojniejszym można w tej chwili być o serial „Rebelianci”, który na razie spełnia oczekiwania, nie przypomina chociażby „Droidów”, a wątpliwe jest, aby twórcy zdecydowali się na takie zmiany, jakich dokonano w przypadku „Ewoków”.

Inna obawa wiąże się ze zmianami, których wprowadzenia publiczność chce. Zachowanie odpowiedniego tonu to bowiem jedno, a trzymanie się schematów – drugie. Gdyby losy któregoś z bohaterów nowej trylogii lub spinoffów okazały się bliźniaczo podobne np. do drogi przebytej przez Luke’a Skywalkera w „Nowej nadziei”, widz mógłby odczuć zawód. Odbiorcę, szczególnie trylogii, trzeba zaskoczyć. Dopiero twórcy spinoffów – chociaż też raczej nie tych kinowych – mogą sobie pozwolić na wariacje na znane już tematy, ale również bez przesady. Młody Han Solo ścigający się jak Indiana Jones lub Mungo Baobab z wrogim wojskiem w poszukiwaniu skarbów o tajemniczych właściwościach byłby pójściem na łatwiznę. Druga seria „Rebeliantów” nie powinna być zapętloną powtórką z rozrywki jak „Droidy”. Mimo to oczywiście do pewnego stopnia schematycznie być powinno. Takie są przecież bajki: jesteśmy pewni, że dobro – czyli Luke, Leia i Han, nawet jeśli któreś z nich zginie – zwycięży. Gdyby się tak natomiast nie stało, to również mogłoby być niezłym rozwiązaniem, o ile nie dojdzie do przewrócenia całego świata do góry nogami jak w cyklu „Matrix”. Z dziełami osadzonymi w uniwersum „Gwiezdnych wojen” jest już w końcu prawie jak z hermetyczną, konserwatywną literaturą gatunkową: przyjmuje się, że należy przestrzegać reguł i złożyć odbiorcy hołd, a nie próbować z niego zakpić.

Mając w pamięci spinoffy o Ewokach i droidach, można się zastanowić, czy i tym razem sprzeda się widzom produkcje bez Mocy. Nie trzeba długo myśleć, żeby dojść do wniosku, że da się tak zrobić, a nawet miałoby to sens. W przypadku trylogii byłoby to działanie karkołomne, ale w spinoffach można lub wręcz należałoby się o nie pokusić. Przykładowo trzeba pamiętać, że Han Solo w „Nowej nadziei” odnosił się do Mocy sceptycznie. Jeśli więc powstanie film o jego uprzednich losach, nie powinien się w nim z nią świadomie zetknąć. Z drugiej strony oczywiście dr Jones w „Poszukiwaczach zaginionej Arki” również twierdził, że nie wierzy w magię, jednak już parę lat później zaprezentowano jego wcześniejsze przygody, które zdają się być sprzeczne z tą postawą. Jakby co, „Nową nadzieję” zawsze można poprawić, nawet wbrew zdaniu fanów, którzy woleliby, żeby twórcy pozostali konsekwentni.

Kwestię nawiązań w „Gwiezdnych wojnach” do innych dzieł można obecnie nazwać drażliwą. Mogłyby one być ciekawe – jak i w drugiej serii „Ewoków” – ale wielbiciele cyklu nie tego oczekują i należy wątpić, by się jakiekolwiek pojawiły. Jeśli już jakieś wystąpią, to z dużym prawdopodobieństwem jedynie w spinoffach. Spokoju tracić przy tym prawdopodobnie nie trzeba. Może tlą się jeszcze w głowach fanów resztki strachu, ale raczej niesłusznie: chyba nikt nie jest na tyle szalony, by w produkcji z kanonu gwiezdnej sagi umieszczać Myszkę Mickey. Takie wizje można śmiało pozostawić pomiędzy żartami.

Wszechświat „Gwiezdnych wojen” jest bogaty, więc nadchodzące filmy mogą nas zaskoczyć na różne sposoby. Czekam więc i mimo wszystko mam nadzieję, że nie będziemy się zastanawiać, czym – w domyśle jeszcze gorszym – „Przebudzenie Mocy” i dalsze produkcje mogłyby być, a tylko będziemy się cieszyć z tego, czym są.

Tekst napisany oryginalnie dla Wrocławskiego Fanklubu Gwiezdnych Wojen, odrzucony ze względów organizacyjnych.

Advertisements

, , , , , ,

  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s