Siedem Willmannów a cztery kopuły

Pawilon Czterech Kopuł nieraz już w ostatnich latach gościł w swoich wnętrzach dzieła artystyczne. W 2009 r. odbyła się tu siódma edycja Przeglądu Sztuki „Survival”, zaś w 2011 r. m.in. w tym budynku zorganizowano Europejski Kongres Kultury. To były jednak wydarzenia jednorazowe. Krystalizująca się od pewnego czasu coraz wyraźniej zmiana ma być już trwała – w czerwcu 2016 r. oficjalnie otwarte tu zostanie Muzeum Sztuki Współczesnej. Oczekując na ostateczne nastąpienie owego poszerzenia oferty kulturalnej miasta, 6 stycznia 2016 r. mogliśmy obejrzeć tymczasową wystawę siedmiu sprowadzonych pod koniec grudnia do Wrocławia, powracających na Dolny Śląsk po siedemdziesięciu latach zamknięcia w warszawskich magazynach, obrazów tworzącego głównie w drugiej połowie XVII w. Michaela Willmanna, zatytułowaną „Jeszcze raz Willmann”. Towarzyszył jej wykład kustosza Muzeum Narodowego Marka Pierzchały „Odzyskany skarb – o dziełach Michaela Leopolda Willmanna”.

Przy dwóch pierwszych obrazach historyk sztuki spędził pół godziny i dla mnie osobiście był to niestety czas prawie całkowicie stracony. Akustyka pomieszczeń o w znaczącej większości gołych ścianach sprawiła, że opowieści kustosza zagłuszane były przez rozmowy dochodzące nawet z sąsiednich sal. W końcu organizatorzy dali mu krzesło, żeby z niego przemawiał, ale niewiele to dało. Słyszałem coś o religijności w malarstwie Willmanna, o klasztorze bodajże w Lubiążu, o Napoleonie, o sekularyzacji, a na koniec o tworzonych przez artystę pejzażach i wyraźnym zaznaczaniu na drzewach, z której strony pada światło.

Następnie grupa przemieściła się pod trzy obrazy przeznaczone dla kalwarii. Zanim Pierzchała przeszedł do kontynuacji swojego wykładu, parę osób pokazało, że puszczają im nerwy, i krzyczało do mniej zainteresowanych prezentacją o ciszę. Wraz ze zwyczajnym stopniowym wyludnieniem sali przyniosło to wreszcie pożądany skutek, chociaż i tak wolałbym, żeby kustosza wspomożono mikrofonem i głośnikiem. Co do obrazów, to usłyszeliśmy, że owa kalwaria ma 32 stacje, ale Willmann najprawdopodobniej nie namalował wszystkich. Na wystawie znalazły się trzy, a wiadomo o istnieniu jeszcze dwóch, odnalezionych później, w różnym stanie.

Ostatnie dwa dzieła przedstawiające – jakże grudniowo – św. Mikołaja i św. Barbarę kustosz omówił już w daleka. Odpowiedział też na pytania przybyłych. Można się było dowiedzieć, że muzeum dostało osiem obrazów, w tym jednak tylko siedem Willmanna, zaś ostatni nie był stworzony ani przez niego, ani raczej nie przez jego urodzonego we Wrocławiu pasierba Jana Liszki – dlatego nie został wystawiony z pozostałymi. Ogólnie z opowieści Pierzchały snuła się wizja rzeczywistości, w której każdy, m.in. kuria, posiada – choć często trzyma tylko w magazynach – sporo dzieł sztuki, ale trudno jest je wypożyczać, a w efekcie również złożyć z nich zadowalającą kolekcję. Dotyczy to również obrazów Willmanna. Samego malarza określił jako wysokiej klasy specjalistę, u którego widać wpływy m.in. Tycjana, Rembrandta i van Dycka, ale który nie odkrywał nowych ścieżek.

Po trwającym prawie półtorej godziny wykładzie sprawdziłem dokładniej, jak się obecnie prezentują wnętrza Pawilonu Czterech Kopuł. Uczucia mam mieszane. Bardzo dobrze wygląda od środka kopuła, pod którą zaprezentowano obrazy Willmanna. W innych salach intrygują jakby szklane sufity. Niektóre zmiany mi jednak nie odpowiadają, w szczególności zadaszenie dziedzińca. Mocno zmieniono charakter tego miejsca, w którym – jak można zobaczyć na starych grafikach – dawno temu rosły nawet drzewa. Niestety całkowicie zniszczono widok na kopuły, obecnie ledwo prześwitujące przez sieć rur przypominających zwykłe rusztowania. Oczywiście to rozwiązanie ma swoje plusy, przede wszystkich zwiększenie przestrzeni wystawienniczej, jednak i tak uznaję je za uszkodzenie zabytku i częściowe pozbawienie go charakteru. To przykre, że takie zarzuty kieruję pod adresem muzeum, czyli placówki z definicji szanującej kulturę. Na dawną sztukę nie ma w nim jednak miejsca. Stwierdzenie to można traktować całkiem dosłownie, bowiem obrazy Willmanna prezentowały się w Pawilonie Czterech Kopuł po prostu źle. W ciemnych, sięgających wysoko ponad głowy widzów malowidłach odbijało się światło wpadające do sali o śnieżnobiałych ścianach przez liczne, zlokalizowane również pod sufitem, okna oraz emitowane przez lampy. Na obrazy o takim charakterze było tam po prostu zbyt jasno. Na sztukę współczesną pomieszczenia się jednak nadają, zresztą czeka tam już na nią sporo podpisanych, choć jeszcze pustych, cokołów.



Mimo że mam duże zastrzeżenia odnośnie zmian wprowadzonych w Pawilonie Czterech Kopuł, a także mniejsze dotyczące prezentacji obrazów Willmanna, zachęcam do skorzystania z okazji i odwiedzenia budynku. Wystawę będzie można oglądać jeszcze 9 i 10 stycznia w godz. 12-16. Można się też załapać na jeszcze jedno oprowadzanie kuratorskie: 9 stycznia o 13:00. Podobno tym razem ma być nagłośnienie.

Więcej zdjęć odnowionego Pawilonu Czterech Kopuł można obejrzeć na fotoblogu „Te całkiem niespodziane” we wpisach „Pod kopułami”, „Zza krat” i „Przejście”.

Reklamy

, , , , , ,

  1. #1 by szyja on Styczeń 10, 2016 - 11:30

    Ty masz jakiś problem ze sobą? Kto takie bzdury może pisać?

  2. #2 by Krasnal Adamu on Styczeń 10, 2016 - 11:47

    Z poziomu konstruktywności i merytorycznego wnioskuję, że Szyja to Matomi, znany też jako Embriao, który z kulturą chyba nie ma nic wspólnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s