Archive for category kiedy słońce było, ale się zmyło

Odnawianie Aleksandrii, zabijanie szewców

W październiku 2007 r. jeden jedyny, jak na razie, raz zobaczyłem na żywo Antigamę. Wystąpiła w działającym wtedy jeszcze klubie Madness. W secie znalazł się jeden kawałek po polsku. Była to „Fala” Siekiery. Jakiś czas później poszukałem oryginalnej wersji i… wzięło mnie. Utwór z połowy lat 80. natychmiast stał się dla mnie punkowym wzorcem. Przeżyłem lekki szok, gdy w ramach zgłębiania twórczości zespołu dotarłem do niewiele późniejszego, z 1986 r., materiału z albumu pt. „Nowa Aleksandria”. Od tego wcielenia kapeli mnie odrzuciło i nie chciałem mieć z nim więcej do czynienia. Mimo to, gdy płyta miała być odsłuchiwana podczas pierwszego spotkania w ramach cyklu „Dyskusyjny klub muzyczny”, 14 stycznia 2015 r. w Firleju, postanowiłem dać jej jeszcze jedną szansę.
Czytaj resztę wpisu »

, , , , , , , ,

6 Komentarzy

Pamiątka po pamiątce – niemiecka tablica z Grunwaldzkiego

Na przełomie XIX i XX w., dokładnie w latach 1900-1901, ustawiono przy drogach wylotowych z Breslau sześć słupów granicznych projektu Karla Klimma, zwanych Kamieniami Stulecia. Do dzisiaj przetrwały tylko trzy z nich, jak jednak doniosła w ostatnich dniach lokalna prasa, budowlańcy z ul. Kłokoczyckiej znaleźli w ziemi głowicę czwartego, najprawdopodobniej stojącego wcześniej parę kilometrów dalej – przy al. Kromera. Szczątki na ulicę nie wrócą – mają trafić do muzeum.

Ja tu jednak z inną sprawą, historia ta mi bowiem przypomniała, jak podczas remontu pl. Grunwaldzkiego i budowy ronda Reagana znaleziono kawałek niemieckiej tablicy. Zdjęcia z 23 listopada 2006 r.

Nie wymyśliłem, jaki mógł być pełny napis, ale prawie na pewno miał coś upamiętniać. Wersję, że to kawałek nagrobka, raczej odrzucam. Tablica leżała przy pl. Grunwaldzkim, w sąsiedztwie skweru Idaszewskiego i budynku D-2 Politechniki Wrocławskiej, przy rowie, na stercie ziemi. Każdy przechodzień mógł ją bez problemu obejrzeć, dotknąć, a nawet zabrać. Nie mam pojęcia, jakie były jej dalsze losy, ale nie wyglądało to tak, jakby zamierzano się nią należycie zatroszczyć. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, ktokolwiek podejrzewa, co to w ogóle jest – czekam na informacje i opinie.

Późniejszy dopisek.
Pewien czytelnik zasugerował, że na tablicy może się znajdować przedwojenna nazwa pl. Grunwaldzkiego, czyli „der Kaiserstraße”, mam jednak wątpliwości, czy widzę tam literę „a”. Zgadzam się natomiast, że interesujący jest symbol graficzny przedstawiający – według dotychczasowych domysłów – młotek w herbie albo dzbanek widziany od strony ucha, albo jakieś inne naczynie, albo… Właśnie. Co to jest? Żeby się można było lepiej przyjrzeć, dorzucam zdjęcie w oryginalnym rozmiarze (kliknąć miniaturę poniżej).

, , ,

3 Komentarze

Breslau się zesrał

Był 27 listopada 2009 r. Marcin Świetlicki, Irek Grin i Gaja Grzegorzewska zebrali się w Literatce, by w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, na spotkaniu zatytułowanym „O pastiszu prozy kryminalnej – wokół «Orchidei»” opowiadać o swojej, wspólnymi siłami napisanej książce. Ponieważ nie przydzielono im moderatora, szybko skończyły im się pomysły, o czym gadać, więc postanowili po prostu przeczytać nam najbardziej nietypowy rozdział swojego dzieła… ale to też ich znudziło. Spotkanie wypełniły ostatecznie w sporej części zabawne uwagi i docinki. Panowie żartowali z młodszej koleżanki: że jej mąż nie powinien zostawiać jej samej z nimi dwoma; żeby kamerzysta wyciął podczas montażu fragmenty, gdy Gaja pali, bo jej mama nie może tego zobaczyć… To były jeszcze normalne czasy, kiedy w knajpach unosił się papierosowy dym. Dostało się też Markowi Krajewskiemu (również biorącemu udział w festiwalu, ale nieobecnemu na spotkaniu), którego serię kryminałów o Eberhardzie Mocku Świetlicki podsumował słowami „Breslau się zesrał”. W skrócie: kupa specyficznego poczucia humoru, które uwielbiam.

Od lewej – Świetlicki, Grzegorzewska, Grin:




Relacja filmowa.

, , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Jak Mock zabłądził w Breslau

Ukazały się właśnie „Liczby Charona” Marka Krajewskiego – jego trzecia książka z cyklu o niejakim Popielskim. Z tej okazji wspominam spotkanie autorskie z 13 października 2007 r. Pisarz promował wtedy „Dżumę w Breslau”. Do piwnicy Empiku w Rynku przyszedłem jako miłośnik Wrocławia, który z Krajewskiego przeczytał tylko pożyczone „Widma w mieście Breslau” i nie miał ochoty na więcej. Książka zraziła mnie m.in. znikającym trupem. Zwał się on chyba Ollenborg. Znalazł się gdzieś w połowie listy ofiar, która jednak blisko końca książki nagle skróciła się o jedną pozycję. O zabitym najwyraźniej zapomniał i morderca, i Mock. Powinienem się zajmować korektą…

Odczekałem, aż wszyscy wezmą autografy – ja przecież nie miałem na czym – i zadałem Krajewskiemu pytanie. W jednej scenie w „Widmach…” Mock przepływał pod mostem Poznańskim. Nie kojarzyłem tej nazwy z obecnego Wrocławia, nie znalazła się też ona w indeksie pod koniec książki. Interesowało mnie więc, który to most. Nie mogłem pokazać autorowi stosownego fragmentu, bo książkę zdążyłem oddać, a on sam nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie. Stwierdził, że może chodziło o most Lessinga, czyli obecny most Pokoju. Ostatecznie zaproponował, żebym znalazł na jego blogu jego adres e-mail i napisał do niego, a on postara się znaleźć, co potrzeba. Zgodziłem się, chociaż tak naprawdę nie chciało mi się tego robić. Zagadkę rozwiązałem w końcu sam. Pogrzebałem jeszcze trochę w internecie i odkryłem, że most Poznański nadal istnieje, nawet pod tą samą nazwą, a biegnie w jednej linii z – uwaga, zaskoczenie – ul. Poznańską. Mało znany, bo kolejowy i niewidoczny z uczęszczanych dróg lądowych, ale… ponurą satysfakcję z zagięcia znawcy Breslau mam.
 

, , , , , ,

2 Komentarze

Jimi? No, thanks

Zbliża się kolejne „Thanks Jimi Festival”, organizatorzy już się chwalą, że bicie rekordu będzie można oglądać na żywo w internecie, a przy okazji zapowiedzi tego, co się będzie działo za kilka dni, wspominają, co było lata temu. Skoro oni tak czynią, to ja też.

Rozpoczynam nowy cykl. W archiwach moich kryją się bowiem materiały (relacje i zdjęcia) z kilkudziesięciu koncertów z ostatniego dziesięciolecia, których dotychczas nie ujawniłem. Przyczyny są różne. Albo pisałem/robiłem je dla wprawy, albo nikt nie chciał ich przyjąć, albo serwis, któremu wysyłałem, akurat padał, albo wszystkie serwisy, z którymi współpracowałem, materiały dotyczące danej imprezy już miały, albo moje materiały nie podchodziły pod profil żadnego z tych serwisów. Poniższa cegła kwalifikuje się pod większość z tych możliwości. Publikuję ją bez poprawek, a dwa lata od jej napisania mogę dodać jedynie, że rok później też poszedłem próbować bić rekord, ale tak tylko po koleżeńsku, dla towarzystwa – bez wyraźnej przyczyny ani wielkiej chęci uczestniczenia w tej imprezie. Tyle tylko, że zagrałem i zrobiłem kilka zdjęć. I zobaczyłem z daleka Raya Wilsona.


1.05.2009, „Thanks Jimi Festival” i Deep Purple, Wrocław

Tegoroczne Święto Pracy we Wrocławiu należało do Leszka Cichońskiego. Już po raz siódmy zorganizował bicie gitarowego rekordu Guinnessa, a dodatkowo zasłużył się, sprowadzając i angażując w to wszystko ikonę hard rocka. Z pewnością była to jedna z najważniejszych pozycji w koncertowym kalendarzu na ten rok i nie można było przejść obok niej obojętnie.

Czytaj resztę wpisu »

, , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz