Posts Tagged komedia

W poszukiwaniu ultrafilmu

Nie lubię chodzić do kina. Filmy, zwłaszcza te poważniejsze, wolę oglądać w cywilizowanych warunkach, czyli bez przeszkadzających w odbiorze ludzi wokół. To jedna z przyczyn mojego niskiego zainteresowania festiwalem Nowe Horyzonty i paroma podobnymi dużymi imprezami cyklicznymi. Odwiedzam wprawdzie od kilku lat każdą wrocławską replikę Sputnika nad Polską, ale tam liczba widzów na sali rzadko osiąga mocno drażniące mnie rozmiary. Dopiero rok temu odkryłem wreszcie coś, co swoją formą i repertuarem odpowiada mi mocniej. Mało przypomina wymienione wcześniej, albowiem odbiorca może siedzieć w domu. My French Film Festival przeznaczony jest dla internautów. Tegoroczna, siódma edycja trwa od 13 stycznia do 13 lutego 2017 r., czyli przez miesiąc, do którego końca został tylko jeden weekend. Po obejrzeniu wszystkich dostępnych, pełno- i krótkometrażowych, francuskojęzycznych filmów z ostatnich trzech lat, przedstawiam swoje wrażenia i zachęcam do zapoznania się przynajmniej z paroma pozycjami.

Czytaj resztę wpisu »

, , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

I ty mogłeś zostać pingwinem

Nie jestem fanem filmów animowanych z serii „Madagaskar”. Obejrzenie jednego nie sprawiło mi cierpienia, ale nie zachęciło mnie też do dalszego obcowania z bohaterami. Zmieniło się to, gdy pierwszy raz zobaczyłem w telewizji „Pingwiny z Madagaskaru”. Od tamtej pory serial należy do moich ulubionych, nawet pomimo polskiego dubbingu. Gdy więc usłyszałem o organizowanych 11 stycznia 2015 r. pod hasłem „Wszyscy jesteśmy Pingwinami” zabawach z okazji nadchodzącej premiery pełnometrażowego filmu o przygodach agentów-nielotów, nie pozostało mi nic innego, jak wślizgnąć się na moim białym brzuchu do Pasażu Grunwaldzkiego.
Czytaj resztę wpisu »

, , , , , , , ,

3 komentarze

Zakochany w Alpach

Tymczasem w DCF-ie

„Alpy” („Alpeis”, reż. Giorgos Lanthimos)
Uwaga! Tytuł nie zdradza treści filmu! Jaka jest więc tematyka tej greckiej tragedii? Alpy to nazwa grupy, której członkowie dorabiają sobie, zastępując ludziom utraconych przez nich bliskich. Kolejne wątki pokazują widzowi, że człowiekowi potrzebna jest rodzina, a na jego życie, pełne i prawdziwe, składają się nie tylko chwile szczęśliwe, lecz również sprawiane przez nią problemy. Takiej podpory może pewnego dnia zabraknąć. I co wtedy? Obserwując rażącą sztucznością grę głównych bohaterów przed ich klientami, widz szybko może dojść do wniosku, że taka terapia nie ma szans odnieść spodziewanego skutku – wrażenia ułudy nie można się pozbyć, ludzie okazują się niezastąpieni. Z rozwojem akcji to ostatnie stwierdzenie staje się jednak coraz mniej oczywiste. Przyjrzeć się należy bowiem nie tylko pogrążonym w żałobie, lecz również tym, którzy oferują im swoje usługi. Co nimi kieruje? Jak nazwać ich zajęcie? Idealizm czy żerowanie na cudzym nieszczęściu? Prostytucja? Zwykła praca? Pragnienie zapunktowania u kogoś, by zyskać na innym polu? A może, i to jest chyba najważniejsze, szukanie rozwiązania dla własnych problemów, próba zapełnienia pustki w życiu? Motywacja nie jest jednoznaczna. Można komuś pomagać, równocześnie chcąc uszczknąć coś dla siebie. Niekoniecznie pieniądze.
Naturalistyczny film o depresyjnym klimacie został już tu i ówdzie wyróżniony. Reżyser zwrócił na siebie uwagę również swoimi wcześniejszymi dziełami. Warto go obserwować. Same „Alpy” natomiast polecam tym, którym nie zależy na wartkiej akcji i sterylnie czystym obrazie, a cenią niecodzienne pomysły i głębię psychologiczną.

„Zakochani w Rzymie” („To Rome with Love”, reż. Woody Allen)
Podróży Allena po Europie ciąg dalszy. Początkowo to ten film miał być bohaterem notki, ale „Alpy” go przebiły i przyćmiły. Gdzie bowiem tym razem dotarł reżyser? Tytuł zdaje się nawiązywać do bondowych „Pozdrowień z Rosji” („From Russia with Love”) lub sugerować kontynuację kierunku obranego w docenionym przez widzów i krytykę „O północy w Paryżu”. Na początku filmu pojawia się kolejne skojarzenie, bowiem sięgnięto po mocno już wyeksploatowany motyw spotkania się rodziców pary narzeczonych. Co by było, gdyby Allen nakręcił „Poznaj mojego tatę”? Nie dowiemy się, bo temat tonie w wielowątkowości jakby nieudolnie podrabiającej angielskie „To właśnie miłość” („Love Actually”). W efekcie mało jest na ekranie tego uroczego neurotyka, nie dochodzi też do jego spotkania z drugim szaleńcem – Roberto Benignim. Dziełu brakuje też spójności. Reżyser zlepił nieco na siłę cztery mające ze sobą mało wspólnego historie, czyniąc niestety film nierównym. Zamiast łączyć je przygotowanym jakby na kolanie konceptem, mógł z którejś zrezygnować albo skupić się na jednej. Gdyby wywalić wątek śpiewaka, powstałby film o zdradzie. Wątek architekta wspominającego młodość nadawał się do rozbudowania do pełnometrażowej historii. Gdyby się go natomiast pozbyć, całość poszłaby w stronę komedii omyłek. Pomieszanie sprawia, że film trudno jest opisać inaczej niż bardzo ogólnie: cztery historie rozgrywające się w Rzymie. Ktoś mógłby dodać, że romantyczne, ale nie jestem do tego określenia przekonany. Że jest lekki, też bym nie powiedział, bo tematyka zdrady kontrastuje mi tu ze sposobem jej ujęcia. Na pewno jest to za to komedia. Nieregularnie, ale zdarzają się wesołe momenty, nawet całe serie – zaraz po pierwszej scenie śpiewania pod prysznicem nie wytrzymałem i popłakałem się ze śmiechu. Mimo to wolałbym, żeby Allen nigdy nie dotarł z kamerą do Wrocławia. Prawdopodobieństwo, że wyszedłby mu film przeciętny, jest zbyt duże. Po seansie „Zakochanych w Rzymie” rozmyślam głównie nie o treści, a o tym, że pamiętam jeszcze czasy, gdy Alec Baldwin był wyraźnie młodszy.

, , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz