Tak między Firlejem a Białorusią

Na jednym końcu są zdolni do manipulowania całymi społeczeństwami stratedzy, nadający się na władających połową świata polityków. Na przeciwnym znajdują się owe ogłupiane masy ludzkie – proste jednostki podchwytujące slogany, materiał na mięso armatnie i pożytecznych idiotów. ODA Firlej z widywanym przeze mnie w październiku 2020 r. transparentem „Solidarni z Białorusią”, być może wywieszonym od czasu tak samo zatytułowanego koncertu, bardziej pasuje mi do tych drugich.
Czytaj resztę wpisu »

, , , , ,

Dodaj komentarz

Aż w końcu sami zasypujemy dziury w jezdniach

Po obejrzeniu popadających w ruinę boisk i stołów pingpongowych na Górce Szczepińskiej udałem się wąską, mało uczęszczaną jezdnią w kierunku stacji kolejowej Wrocław Popowice. Po drodze zaczepił mnie starszy rowerzysta, który chwilę wcześniej z własnej inicjatywy zasypywał dziurę w asfalcie przywiezionymi w wiadrze kamieniami. Rozmowę zaczął od poinformowania mnie, że prezydent Wrocławia Jacek Sutryk zajmuje się tylko ideologią gender i LGBT, a skończyłem ją ja, gdy zaczął mnie męczyć stwierdzeniami, że mam chodzić do kościoła i wielbić Boga. Pomiędzy udało się nam jednak pogadać całkiem sensownie.

Starszy pan opowiedział mi, jak dba o tę uliczkę, którą – jako działkowicz – często się przemieszcza. Wśród swoich zasług wymienił m.in. doprowadzenie do zabrania z niej i jej otoczenia mnóstwa śmieci w rodzaju porzuconych mebli oraz spalonego wraku samochodu. Dziurę w asfalcie zasypuje sam, bo urzędnicy nie przysyłają odpowiedniej ekipy, mimo że już kilka miesięcy temu o to wnioskował. Chciałby również, żeby wdłuż drogi poprowadzono chodnik, ale zdaje się nie mieć nadziei na realizację takiej inwestycji, jeśli nie zażąda jej większa grupa mieszkańców.

Ta część opowieści dotyczyła w znacznej mierze trudnych kontaktów starszego pana z różnymi, opłacanymi z naszych podatków urzędami. Przykłady brzmiały mi znajomo. Nie zawsze miałem powody do narzekań, proste sprawy bywały załatwiane zaskakująco sprawnie i skutecznie, ale doświadczyłem przecież też takich sytuacji, że urząd informował mnie, że przekazał sprawę dalej, po czym temat umierał, bez żadnych efektów, może poza korespondencją, z której jednak szybko mnie wyłączano. Polityków również próbowałem zainteresować swoimi – społecznymi problemami. Różnica była taka, że nie pisałem do urzędujących, tylko do kandydujących, którzy w ramach kampanii wyborczych rozgłaszali swoją chęć do pomocy. W tych przypadkach adresaci nie starali się jednak zadbać nawet o pozory działania. Nic nie osiągałem.

Nagle, w trakcie rozmowy doznałem olśnienia. Muszę zapamiętać ten dzień. 28 września 2020 r. dowiedziałem się, kim się stanę w przyszłości. Będę starszym panem z własnej inicjatywy zasypującym dziury w jezdniach kamieniami. Wypatrujcie mnie – nie przepuszczę okazji, żeby was zaczepić.

, , , , ,

Dodaj komentarz

Jak „Gazeta wrocławska” pogardza przyjezdnymi

Kilka, może nawet kilkanaście miesięcy temu przestałem zaglądać na serwis internetowy „Gazety wrocławskiej”. Z różnych powodów mam o jej redaktorach i ich artykułach złe zdanie. Od czasu, gdy po zabójstwie Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska, opublikowali tekst „Hejterze, takiś odważny? Teraz to my grozimy tobie!”, uważam ich przede wszystkim za hipokrytów. Przypomniałem sobie o tym dzisiaj, 23 września 2020 r., gdy w poszukiwaniu pewnych aktualnych informacji zajrzałem m.in. właśnie na serwis „Gazety wrocławskiej” i na głównej stronie zobaczyłem nagłówek „Skąd są wrocławskie słoiki? Kto przeprowadził się do miasta?”.

„Słoiki”? Po chwili niedowierzania przystąpiłem do sprawdzenia. W internetowym „Słowniku języka polskiego” PWN przy haśle takim znalazłem tylko podstawowe znaczenie: „naczynie szklane (…)”. W „Poradni językowej” trafiłem jednak na pytanie, w odpowiedzi na które Mirosław Bańko odesłał zainteresowaną na witrynę Obserwatorium Językowe Uniwersytetu Warszawskiego – Najnowsze Słownictwo Polskie. Tam znalazłem „opracowaną naukowo” – jak głosi przypis – definicję:

słoik
dezapr., lekcew. «młoda osoba pochodząca z małej miejscowości, zwykle z niezamożnej rodziny, osiedlająca się w dużym mieście, najczęściej w Warszawie, w celu podjęcia studiów lub pracy; słoikarz»

Czym są dezaprobata i lekceważenie, tłumaczyć chyba nie trzeba. To coś, co redaktorzy „Gazety wrocławskiej” okazują opisanym w definicji osobom. Serwis, który jeszcze nie tak dawno temu głosił walkę z hejtem, promuje pogardliwe określenie na przyjezdnych pochodzących z mniejszych miejscowości. Można pogratulować konsekwencji.

Warto jeszcze zauważyć, że na serwisie istnieją tagi „wrocław słoiki”, „słoiki wrocław”, „wrocławskie słoiki”, „słoiki we wrocławiu”, „mieszkańcy wrocławia słoiki” i „wrocław miastem słoików”. W jednym z oznaczonych tak artykułów autor użył słów „niezbyt salonowe określenie” – czyli jakąś świadomość w tej redakcji mają. Tylko co z tego wynika?

, ,

Dodaj komentarz

Bo serduszek było za mało?

Proszę Państwową Komisję Wyborczą o ponowne przeliczenie serc.

Obserwowane w pierwszej połowie lipca 2020 r. – czyli w okolicach II tury wyborów prezydenckich w Polsce – na Partynicach.

, , , , ,

Dodaj komentarz

Jak zostałem roześmianym narodowcem

Gdy stałem na przystanku tramwajowym przy Operze, późnym popołudniem 23 czerwca 2020 r., od strony deptaka na ul. Świdnickiej do pierwszego z brzegu czekającego podeszła dziewczyna z zawieszonym na szyi identyfikatorem, małą urną na pieniądze w jednej ręce i podkładką pod dokumenty w drugiej. Nie słyszałem, co mówi, ale z całą pewnością nie pytała o drogę. Z zasady olewam nieznajomych zaczepiających mnie w interesach, obojętnie, czy chcą mi sprzedać zestaw garnków, czy wyżebrać papierosa, więc starałem się w żaden sposób nie zachęcać młodej kobiety, by i mnie zagadywała. Mimo to po chwili stanęła obok.
– Dzień dobry, dzień dobry. Chciałabym zarazić pana pozytywnym śmiechem.
– Do widzenia.
– Do widzenia.
Dziewczyna ruszyła natychmiast do następnego czekającego. Wciąż zagadywała ludzi na peronie, gdy kilka minut później z tej samej strony, co wcześniej ona, przybyła druga, identycznie wyposażona. Wbrew mojej nadziei, obrała trasę poprzedniczki i po chwili dotarła do mnie.
– Dzień dobry.
Nawet na nią nie spojrzałem.
– Dzień dobry.
Odwróciłem się do niej, ale nie pozwoliłem kontynuować.
– Już mnie pani koleżanka zaczepiała. To jest nękanie.
– „Rekanie”?
Jej wymowa wskazywała na pochodzenie zza wschodniej granicy.
– Skąd pani jest? – spytałem, by się zorientować, czy język polski może być przeszkodą w konwersacji.
– Z Białorusi.
Kiwnąłem głową. Jako zapalony turysta miałem ochotę powiedzieć o jej kraju coś miłego, ale nie przychodziło mi do głowy nic błyskotliwego.
– Chciałem się tam niedawno wybrać – rzekłem zgodnie z prawdą, choć nieśmiało. Oczywiście zmiana tematu nie mogła się udać.
– Przepraszam, że nie zrozumiałam, ale niewyraźnie pan powiedział.
To wytłumaczenie miało sens. Nie mówiłem niewyraźnie, ale uznałem, że przez maseczkę mogłem tak zabrzmieć.
– Nę-ka-nie – powtórzyłem głośniej i wolniej.
– „Nełkanie”?
Westchnąłem zniecierpliwiony.
– Do widzenia.
– Do widzenia. Ja też nie chcę rozmawiać z narodowcami.
W tym momencie panie osiągnęły zapowiadany cel: rozbawiony nietrafioną uwagą, gwałtownie się zaśmiałem. Dziękuję.

,

Dodaj komentarz